powrót do strony głównej

 

Fragmenty rozdziałów  monografii Czyszek

pod tytułem "Czyszki k/Lwowa od wieków w polskich sercach"

 

Ziemie od wieków polskie

Pierwsza historyczna wzmianka o ziemi południowo-wschodniej pochodzi z 981 roku, a znajduje się w najstarszej kronice kijowskiej pisanej w 1039 roku przez Nestora, rzekomo mnicha kijowskiego. Mówi ona że Książe kijowski Włodzimierz najechał Lachów i zajął grody Przemyśl, Czerwień i inne. Można domyślać się że pośród tych grodów należał Bełz leżący na samym wschodzie Małopolski.
Straciło więc państwo Mieszka I w roku 981 ziemie czerwieńską, przemyską i bełzką. Zaczynają się zmienne losy tych ziem będące raz polskimi a raz ruskimi. W roku 1018 Bolesław Chrobry wracając z wyprawy na Kijów umocnił władanie na tych ziemiach lecz za Mieszka II w roku 1030 zajęte zostały powtórnie przez Jarosława II syna księcia kijowskiego Władysława.
W roku 1340 Kazimierz Wielki rozpoczął długi okres wcielania tych ziem do polski.
W roku 1344 nastąpiło wcielenie do Polski ziemi sanockiej a w 1349 ziemi przemyskiej, halickiej z Lwowem i krzemienieckiej. Nastąpiło to po wyprawie na Ruś Kazimierza Wielkiego który zareagował na sojusz rusko-tatarski w roku 1340. Ruś Czerwona przyłączona do ziem polski w tym czasie była już częściowo zruszczona poprzez osadników ruskich którzy uciekali z terenów wschodnich przed najazdami tatarskimi. Przyłączenie Rusi do Polski było korzystne z uwagi na odwrócenie zagrożenia napadami tatarskimi. Drugą korzyścią był fakt że przez te ziemie przebiegały szlaki handlowe ku wybrzeżom Morza Czarnego i Bizancjum, jeden przez Lwów, drugi przez Włodzimierz. W roku 1387 definitywnie zostały utrwalone zdobycze Kazimierz Wielkiego.

Ziemie województwa ruskiego dzieliły się na powiaty:

-         ziemia halicka : powiaty halicki, trembowski, kołomyjski

-         ziemia lwowska: powiaty lwowski i żydaczewski

-         ziemia przemyska: powiaty przemyski, samborski, drohobycki, stryjski

-         ziemia chełmska: powiat chełmski i krasnostawski

Ziemie województwa bełskiego dzieliły się na powiaty:

-         bełski

-         grabowiecki

-         horodelski

-         buski

-         lubaczewski

Ziemie województwa wołyńskiego dzieliły się na powiaty:

-         łuckie

-         włodzimierskie

-         krzemieniecki

Ekspansja polska zaczęła się od XIV wieku, najpierw w większych miastach głównie we Lwowie,  liczna rzesze ludności wiejskiej oraz drobnej szlachty zagrodowej, która gromadnie osiadała na żyznej ziemi Rusi Czerwonej. Już od wieku XII Ruś Czerwona była również terenem misji katolickich gdzie do XV wieku dominowała cerkiew. W roku 1412 zostaje przeniesiona z Halicza do Lwowa stolica metropolii arcybiskupiej której podlegały  biskupstwa: przemyskie, chełmskie, kamienieckie, włodzimierskie, kijowskie oraz mołdawskie.

 Na przełomie XVI i XVII wieku kultura nabierała coraz bardziej polskości poprzez szkoły katolickie zakładane licznie w latach 1574-1595. Ruś Czerwona była kolebką wielu sławnych ludzi którzy przyczynili się do rozkwitu kultury polskiej i tak : Mikołaj Rej, Jan Zamoyski, Maksymilian Fredro, Ignacy Krasicki, Stanisław Leszczyński. W roku 1867 kiedy wprowadzono język polski do szkół  oświata była w bardzo złym stanie . Do 1914 roku stan poprawił się trochę  a liczba szkół wiejskich i czteroklasowych w Galicji wzrosła z 2 do 6 tysięcy, gimnazjów z 20 do 130. Mimo rozwoju szkolnictwa liczba analfabetów wynosiła średnio 63% a w niektórych powiatach 98%.

Pierwszy rozbiór Polski w 1772 r. zapoczątkował długi okres rozbicia wewnętrznego na ziemi Galicyjskiej. Pozostające do tej pory w zgodzie narodowości ruska, ukraińska i polska zaczęły poszukiwać swojej odrębności narodowej co prowadziło do wzajemnego zwalczania się. Grabieżcza polityka rolna za czasów Marii Teresy i Józefa II  /cesarzy Austrii/ doprowadziła do niebywałego wręcz rujnacyjnego ucisku ekonomicznego, zacofania gospodarczego i zubożenia chłopstwa. Jawny konflikt ukraińsko-polski doprowadził do wojny w 1918 roku zakończonej zwycięstwem polskim. 25 VI 1919 roku mocarstwa zachodnie upoważniły Polskę do zajęcia Galicji aż po Zbrucz co oznaczało powrót dawnych ziem Galicyjskich do Polski.

Stosunki polsko-ukraińskie  w okresie miedzy wojennym doprowadzały do pogłębiania się kryzysu a w czasie II wojny światowej przerodziły się w otwartą walkę która przybrała wręcz katastroficzną postać.


************************

 
Dawne Grody Czerwieńskie, a obecna Małopolska Wschodnia, według  Nestora, dopiero w roku 981 zostały odebrane Polsce, bo Mieszkowi I przez Włodzimierza, księcia kijowskiego. Te zaś Grody czyli Ziemia Czerwieńska, kiedy jeszcze nie istniał Lwów, ani Chełm, ani Trembowla, ani Włodzimierz Wołyński, a może tylko sąsiedni Chełmowi Czerwień, Przemyśl i Bełz, aż do czasów Włodzimierza, księcia kijowskiego, zamieszkałe były nie przez plemię ruskie, ale lechickie czyli polskie, spokrewnione z Wiślanami, Polanami, Ślęzanami i najbliższymi ich sąsiadami, Mazowszanami.
Dopiero pod panowaniem książąt ruskich i to nie nieprzerwanym, polskie plemię Ziemi Czerwieńskiej do pewnego stopnia zruszczyło się. Przetkało się bowiem Rusinami naddnieprzańskimi, uciekającymi przed Tatarami no Zachód, na pogranicze Polski, a może nawet pod jej opiekę, w czasie gdy nieszczęśliwi książęta ruscy, wojujący między sobą, oślepiający się i mordujący wzajemnie, byli sługami chanów tatarskich. Przedostali się tu także z nad Dniepru Rusini przesiedleni przez Jarosława Mądrego, który znów Lachów znad Sanu i Bugu wysiedlił na Naddnieprze.
Wreszcie nieszczęśliwą Ziemię Czerwieńską, co roku rabowaną, paloną i wyludnianą przez Tatarów, przyłączył przed 600 laty do Polski Kazimierz Wielki. Nie zdobył jej bynajmniej, ale posiadł jako najbliższy krewniak i spadkobierca ruskich książąt halicko-włodzimierskich, po wygaśnięciu ich linii, tzn. Piastowiczo - Romanowiczów.
Zająwszy ją jako prawowity następca, bronił jej Kazimierz przed Tatarami, przed pogańskimi Litwinami i przed Węgrami. Wracając ze Lwowa do Polski zostawił Kazimierz w Ziemi Czerwieńskiej jako swego namiestnika Rusina, a przywiązawszy się do zniszczonej krainy i nieszczęśliwego ludu, uszanował jego wiarę, opiekując się obrządkiem wschodnim. Przez 500 niemal lat żyli w tej ziemi pod panowaniem polskim tak Polacy jak Rusini prawie zawsze zgodni, mimo swych różnych języków i wiary, tym bardziej, że kwestia narodowościowa wtedy nie istniała. Żenili się między sobą, polscy panowie ufundowali tutaj więcej cerkwi niż kościołów, a wielu z pośród ruskich wielmożów przyjmowało wiarę rzymskokatolicką. Natomiast żywioł polski nawet napływający z Mazowsza i z Nadwiśla, z braku kościołów i kapłanów ruszczył się. Nikt temu nie zapobiegał, ani nie gorszył się, gdyż jak wspomnieliśmy, kwestia narodowościowa nie istniała, a wyspy polskie zalewała fala ruska nie tyle celowo, jak siłą bezwładnej masy, zasilanej od Wschodu.
Zniszczone napadami tatarskimi i wojnami bratobójczymi książąt ruskich obszary, okalające Grody Czerwieńskie, zagospodarowały się dopiero i wzbogaciły za czasów polskich. Przez Polskę napłynęła tu kultura zachodnia, powstały miasta, które w przeciwieństwie do wschodnich grodów ruskich, będących zbiorowiskiem ludzi poddanych i niewolnych, uzyskiwały organizację miast zachodnich, cieszących się samorządem i wolnością.
Przez pewien czas wrzały tutaj wprawdzie spory religijne między prawosławnymi, innowiercami, unitami i katolikami, ale lud ruski nie był nimi dotknięty. Swarzyła się bowiem tylko szlachta polsko-ruska i mieszczaństwo rozmaitego pochodzenia. Również po rozbiorze Polski, gdy tzw. Galicja przeszła pod panowanie austriackie, przez pół wieku nie było narodowościowego antagonizmu polsko-ruskiego. Językiem potocznym ludu wiejskiego, tak polskiego jak ruskiego pochodzenia, stał się język małoruski, odmienny od wielkoruskiego, białoruskiego, a do pewnego stopnia i od używanego na Naddnieprzu. Inteligencja tak polska jak ruska, mówiła po polsku, a nawet księża ruscy, jeszcze za pamięci naszych ojców, wygłaszali kazania w języku polskim. W tym samym języku uczyli Bazylianie w gimnazjum buczackim, tym bardziej, że między nimi nie brak było Polaków szlacheckiego pochodzenia.

 Rozbrat między dwoma narodami w Małopolsce Wschodniej wywołali dopiero około roku 1848 Austriacy, opierając się na doświadczeniu, że łatwiej rządzić skłóconymi, niż zgodnymi poddanymi.

KRESY

Kresy wg. „Słownika języka polskiego” oznacza część kraju leżącego blisko granicy , inaczej pogranicze. Określenie  „kresy” po raz pierwszy zostało użyte w połowie XIX wieku przez Wincentego Pola jako linia od Dniestru po Dniepr, czyli tereny pogranicza tatarskiego.  Bardzo szybko ta nazwa zaczęła dotyczyć również dawnych województw Rzeczypospolitej Obojga Narodów pomijając ziemie na zachód od linii Wilno-Lwów. Przed rozbiorami polski ziemie do Lwowa  nazywano Rzeczypospolitą Królewską, a na wschód od niego Rzeczypospolitą  hetmańską. W czasach międzywojennych za czasów  II Rzeczypospolitej województwa wschodnie – część lwowskiego, nowogrodzkie, poleskie, stanisławowskie, tarnopolskie, wołyńskie i część białostockiego należały do kresów wschodnich.

W pamięci współczesnego Polaka Kresy kojarzone są z dawnymi wschodnimi terenami II Rzeczypospolitej, czyli z czasów sprzed II wojny światowej.

Należy pamiętać że funkcjonuje również nazwa „kresy zachodnie” rozumie się przez nią zachodnie tereny dawnej Rzeczypospolitej Obojga Narodów, które znalazły się w zaborze pruskim - Pomorze Gdańskie, Wielkopolskę i Warmię. To określenie może też obejmować Górny Śląsk a po roku 1945 również Ziemie Odzyskane, dokąd w większości byli przesiedlani mieszkańcy z Kresów Wschodnich.

Kresy Wschodnie Rzeczypospolitej nie należy traktować   jako jednolite ziemie , są to pogranicza polsko-litewskie, polsko-białoruskie, polsko-ukraińskie, ale nie tylko, również ukraińsko-białoruski, litewsko-białoruskie,.

 

Czyszki k.Lwowa

Rok 1931 najnowsza historia przed II wojna światową
 

Wieś i gmina w powiecie Lwów. Sąd powiatowy znajdował się w Winnikach a sąd okręgowy we Lwowie. Wieś leży na południowy wschód w odległości około 7 km od Lwowa i 3 km od Winnik. Od północy graniczy z rzeką Maruńka, od wschodu z miejscowością Czyżyki, od południa Winniczki i Dmitrowice.
Czyszki były wsią sołecką, siedzibą parafii rzymsko-katolickiej i gminy, posiadała 428 zagród w tym około 100 w trzech wólkach i 2429 mieszkańców.
Przeważała ludność polska, mieszkało tu tylko 6 rodzin ukraińskich i żydowskich. Parafia miała 3899 wiernych i należało do niej kilka sąsiednich wiosek m.in. Dmytrowice, Czyżyków, Dziwnogród, Łukowa, Horodysławice, Winniczki, Głuchowice, Kozielniki, Hanaczów, Podbereżce i Gaje. Czyszki dzieliły się na Czyszki Górne (od strony Winnik), Czyszki Miasteczko (część środkowa-centralna) i Czyszki Dolne. Ponadto posiadały przysiółki I, II i III Wólkę od strony południowo- zachodniej. Główny ciąg zabudowań znajdował się przy drodze Winniki – Przemyślany – Dunajów i stanowił główną ulicę miejscowości.
W Czyszkach Miasteczku znajdowało się centrum miejscowości z kościołem, pocztą, sklepem, z budynkiem kółka rolniczego i kasy pożyczkowo-oszczędnościowej „Kasa Stefczyka” oraz szkołą. W Wólkach natomiast usytuowane były młyny wodne – Blicharskiego A, Blicharskiego W, i Lemiszka. Czyszki posiadały ponadto : dwie akuszerki : Brunicka A. I Jankowska J., bednarza Żabiński Fr., cieśle Kluz W., kołodzieja Dobosz J., krawcy Bartosiewicz J. i Kunec P., mleczarza Wilbach S., murarza Stabnicki T., rzeźnika Zeńczuk M., stolarza Bilecki L., wyroby tytoniowe Batner M. Derkacz W. i Łamasz W., wyszynk trunków Bembnowicz W.

Na zdjęciu: Członkowie Rady Gminy Czyszki - rok 1938.  Z prawej siedzą wójt Krupa Leon, dziedzic NN, czwarty brat Izydor i Socha. Pierwszy z lewej  Kempa Andrzej sołtys Czyszek.. U góry stoją z lewej Rączkowski i Sekretarz Gminy Bielecki.

Klimat – Miejscowość leży w obszarze klimatu umiarkowanego kontynentalnego. Klimat regionu obserwowany był przez dwie stacje meteorologiczne we Lwowie (311,8 m n.p.m.) i Dublanach (255 m n.p.m.). Zdarzały się we wsi lata upalne i suche oraz chłodne i deszczowe. Zimy były podobnie łagodne i ciepłe z małymi opadami lub mroźne i ostre z opadami dużymi. Czyszki nawiedzały również powodzie. Ostatnia była w roku 1939.

Roślinność -  Z naturalnych środowisk roślinnych w rejonie wsi należy wymienić lasy w małej ilości , łąki, pola i pastwiska. Większość lasu lokalizowana była od strony zachodniej w pobliżu Wólek (las Wólka) na wzgórzu 368 , Kopań 372, Pryska 350. Od północy za rzeką Maruńką oraz rowami melioracyjnymi „średnim” i „szwabskim” jest las Dąbrowa około 1 km od wsi. Drzewostan był mieszany z przewagą drzew liściastych jak buk, grab rzadziej dąb oraz  iglastych jak świerk, sosna.

Świat zwierzęcy – Zwierzęta dziko żyjące w okolicach wsi to:

ssaki - borsuk, jeż, kret, kuna, lis, łasica, mysz, nietoperz, sarna, szczur, tchórz, wiewiórka, zając

ptaki – bocian biały, czajka, dzięcioł, gawron, jaskółka, jastrząb, kawka, kukułka, kuropatwa, myszołów, przepiórka, sikorka, skowronek, słowik, sokół, sowa, sroka, szpak, turkawka, wrona.

ryby -  karaś, karp, kiełb, lin, okoń, piskorz, płoć, szczupak.

płazy i gady – żaby, ropucha, jaszczurka, zaskroniec, żmija

skorupiaki – raki rzeczne i stawowe

mięczaki - ślimaki
 

Z dziejów miejscowości na przestrzeni wieków

Parafia w Czyszkach powstała 11 listopada 1420 r. za zezwoleniem arcybiskupa lwowskiego Jana Rzeszowskiego a fundatorem i budowniczym był szlachcic herbu Korab Mikołaj Dmitrowski. Czyszki powstały jednak dużo wcześniej za czasów Kazimierza III Wielkiego przed rokiem 1364 kiedy jako majętność należała do Dmitrowic i ofiarowana zostało Wacławowi synowi Żegoty z Głuchowa który od nazwy posiadłości przyjął nazwisko Dmitrowski. Z zachowanych dokumentów opisujących pierwszych osadników w siole Czyszki, którego pierwotna nazwa była Czeszki zamieszkiwali tylko Polacy z wyjątkiem sołtysa i ławników którzy byli niemcami i sprowadzeni zostali z Lwowa przez właściciela ziemi celem założenia osady. W roku 1437 ławnikami w Czyszkach byli niemcy Hanusz Weyge, Kloze Wonar i Mathis Haznar, sołtysem Michał Soczewicz a karczmarzem niemiec Hanusz Lanczuter. Była wsią bujną i ludną wśród boru liściastego w którym przeważały wiąz, grab, buk, brzoza i lipa którą pielęgnowano dla hodowli pszczół.
Ruś wschodnią nawiedzały często najazdy Tatarów, Woloszy i plemion koczowniczych. Dlatego też dla obrony przed najazdami panujący władcy nadawali ziemie, sioła i wioski rycerzom . Najazdy pustoszyły wsie doszczętnie. Spalone zabudowania, mieszkańcy brani w jasyr i sprzedawani na targach w Chocimiu i Suczawy Turkom, powodowały ze niektóre wsie znikały całkowicie - takie jak Kupiatyn, Sajini ,Monaster. Pozostały po nich tylko nazwy góry i polany. Dla obrony, właściciel wraz z mieszkańcami budowali kościoły w których można było się schronić i bronić życia i dobytku. Można z dużym prawdopodobieństwem przyjąć ze sioło Czeszki powstało około roku 1350 po wcieleniu Rusi Czerwonej do Polski i przeniesieniu w 1349 roku spustoszonego i spalonego Lwowa na nowe miejsce kiedy to król polski Kazimierz III Wielki nadawał nowe przywileje i nadania.
Pierwszy kościół parafialny w Czyszkach wybudowany w 1420 r. był pod wezwaniem Wszystkich Świętych. Akt nadania podpisany był w obecności szlachty i sławetnych mężów Jana, dziedzica Winnik, Kalenika, zięcia Mikołaja Dmitrowskiego, wójta Klusa i Jerzego Kowala w dniu św. Marcina 1420 r.

Następcami Mikołaja byli prawdopodobnie jego synowie Jan i Stanisław. Syn Jana również Jan dziedzic Czyszek wstąpił do zakonu Dominikanów a Czyszki przekazał siostrze. Następnym dziedzicem Czyszek jest Jerzy Strumiło herbu Nałęcz z Dymoszowa chorąży ziemi lwowskiej. 15 maja 1456 roku Jerzy Strumiło majętność Czyszki z sołectwem daruje konwentowi i kościołowi św. Krzyża oo. Franciszkanom  lwowskim  w  zamian za dożywocie.  W roku 1565 dzierżawcą Czyszekzostaje podstarości lwowski Adam Siemuszowski na lat siedem. Z uwagi na umiarkowane warunki dzierżawy i stosowne traktowanie mieszkańców rodzina Siemuszowskich dzierżawi Czyszki do XVII w.
Czyszki już w XV wieku były wsią o dużym znaczeniu w okręgu lwowskim. Założone w połowie XIV wieku mieszkańcy poprzez karczowanie boru i kniei oraz gospodarność doprowadzili wieś do rozkwitu. Zasłużony pater zakonu Franciszkanów we Lwowie św. Jan z Dukli (ok. 1414-1484) wraz z kustoszem Jerzym z Sanoka, gwardianem Fabianem z Krakowa, kaznodzieją polskim Bartłomiejem ze Starego Sącza i zakrystianem Jakubem z Kalisza brał udział w akcie zmniejszenia ciężarów chłopom w Czyszkach, poddanym lwowskiego klasztoru Św. Krzyża. Nieznane dotychczas tło tego wydarzenia nie pozwala dociec kto był inspiratorem tego aktu. Akt został wydany w roku 1461 w Kamionce w czwartek w wigilię św. Szymona i Judyty.
 

Akt darowizny


Akt darowizny wsi Czyszki, konwentowi i kościołowi św. Krzyża Franciszkanów lwowskich sporządzony przez Jerzego Strumiłłę, który przez kilka stuleci odgrywał zasadniczą rolę w rozwoju wsi.


„ W imię Pańskie Amen. Na wieczną rzeczy pamiątkę. Ponieważ wtedy spodziewamy się osiągnąć skarby niebios w wieczystej szczęśliwości, gdy kościołom i ich sługom ubezpieczamy i dajemy stosowne dochody, dlatego my, Jerzy Strumiło z Symoszyna, chorąży lwowski, niniejszym oznajmiamy wszystkim w ogólności, komu o tem wiedzieć należy, teraźniejszym i przyszłym, że my rozważając, że wszystko na tym padole czasowo trwa i jako cień przemija, żarem miłości i zapałem pobożności, pobudzeni, pragnąc ubezpieczyć zbawienie i dopomudz duszy rodziców moich zmarłych Pawła i Maryi i innych przyjaciół zeszłych z tego świata a także tych, którzy jeszcze żyją , za zezwoleniem i wiedzą najjaśniejszego księcia i pana, p. Kazimierza z łaski Bożej króla Polski wielkiego Księcia Litwy, Rusi i Prus, pana i dziedzica, najłaskawszego naszego pana, nie skłonieni i bez przymusu lub też podstępu, będąc przy zdrowiu umysłu i ciała, z naszej dobrowolnej woli wsparci dobrą radą, wieś naszą Czyszki z wójtostwem i Monastercze, nasze dobra dziedziczone po ojcu lub matce odziedziczone, a przeto takie, do których ani bracia ani krwią z nami złączeni tak bliżsi jako i dalsi, mężczyźni lub kobiety żadnego prawa mieć nie mogą, które to dobra własnym groszem i potem i krwią w ciężkiej służbie (wojennej) nabywszy kupnem bez najmniejszej w tem pomocy ze strony przyjaciół lub krewnych te dobra ze wszystkimi przynależytościami do wsi rzeczonej i wójtostwa i do Monastercza należącymi, według dokumentów i pism naszych, które w sprawie tych dóbr w lwowskim powiecie leżących posiadamy, także dwór nasz z ogrodem po za miastem na lwowskim przedmieściu położony w drodze do wysokiego zamku po za kościołem św. Maryi, prosto i szczerze li dla Boga dla o puszczenia grzechów konwentowi i braciom zakonnym Minorytów św. Franciszka w kościele św. Krzyża we Lwowie będącym daliśmy, naznaczyli darowali, włączyli i zapisali. Na mocy też niniejszego pisma dajemy, naznaczamy, darowujemy, włączamy i zapisujemy donacyę i darowiznę tę nieodwołalną na wieczne czasy a to z powodu i ze względu kaplicy Panny Maryi obok kościoła idąc z zamku niższego po lewej stronie kościoła położonej. Kaplicę tę nam i naszym potomkom dali, darowali na wieki i zapisali przewielebni bogomódlcy, ojcowie i bracia Jerzy z Sanoka, wikaryusz, Bartłomiej z Krakowa, bakałarz sztuk wyzwolonych i kustosz wraz z całym konwentem lwowskim. W której to kaplicy wspomniani bracia i ich następcy co dnia mszę św. o najśw. Pannie Maryi i godzinki o tejże Pannie jako matutinum, trium leccionum, laudes, prima, tertia, sexta, nona, vesperas i completorium o zdrowie, pomyślność i na odpuszczenie grzechów odprawiać będą śpiewem. Po śmierci zaś naszej, tak za duszę naszą i naszych poprzedników wigilie novem lectionum co kwartału (quatuor temporibus) w tejże kaplicy i to pod sumieniem i pod cenzurami duchownymi także i wspomniane boże laudes po wieczne czasy odprawiać i odśpiewywać mają. Którą to wieś Czyszki z wójtostwem i z Monasterczerm wspomnieni bracia klasztoru teraz będący i ich następcy posiadać mają wraz z wszystkimi pożytkami, przychodami, cenzurami, daninami, dochodami, rolami, kulturami rolnymi, polami, łąkami, polanami, pastwiskami, lasami, krzakami, gajami, borami, barciami, zagajnikami, dąbrowami, jeziorami, bagnami, stawami, rzekami, rzeczkami, potokami, sadzawkami rybnymi, rybołówstwem, z wodami i ich upustami, z młynami i dochodami z zmełtego i innych jakichkolwiek pożytków jakkolwiek je nazywają, tak jako samiśmy je posiadali i użytkowali w takich rozmiarach, jako je granice obejmują i oddzielają, będą dzierżyć, użytkować i posiadać na wieki. Żadnego prawa, państwa i własności we wsi Czyszki, w folwarku i w ogrodzie rzeczonym ani sobie ani naszym sukcesorom prawym nie zastrzegamy z wyjątkiem prawa patronatu kościoła czyszeckiego i to tylko w dożywocie po zgonie naszym prawo patronatu przechodzi na braci zakonnych i na ich następców pełnem prawem i na wieki. Gdyby zaś, który z sukcessorów naszych to bogobojne dzieło odważył się czelnością wzruszyć, niechaj wie, że ściągnie na się niełaskę Wszechmocnego Boga i zgubę duszy. Gdyby zaś bracia zakonni tak teraźniejsi jako i ich następcy powyżej wzmiankowane nabożeństwa nie odprawiali ani też starali się o ich odbywanie, naówczas my lub nasi następcy prawni we wsi Czyszki będziemy mogli i będą mogli ją od konwentu odebrać i zatrzymać bez apelacyi, sporów i procesów i ją do innego kościoła w sposób podobny jak tu się opisało dla uwielmożniema Bożego nabożeństwa wieś tę nadać i darować, ale pod żadnym warunkiem nie mogą jej na siebie odbierać. Gdyby zaś wspomnieni bracia, następcy ich i konwent określone wyżej nabożeństwa odprawiali i gdyby wiarogodnymi i prawymi dowodami przeciwko nim nie dowiedziono, omieszkania w nabożeństwach, natenczas bracia i konwent w myśl naszej teraźniejszej darowizny w spokojnem posiadaniu wsi Czyszki nieodmiennie i na wieki pozostawać mają. Żeby zaś ta darowizna nasza miała powagę wieczystej trwałości, pismo niniejsze umocowaliśmy przez przywieszenie naszej pieczęci. Działo się i dano we Lwowie w sobotę wilijną Zielonych Świątek (15 maja) 1456 roku w obecności Jaśnie Wielmożnych i szlachetnych pp. Dersława z Rytwian Sieradzkiego, Andrzeja Odrowąża ze Sprowy, ruskiego, Hryćka z Pomorzan, podolskiego, wojewodów; Mikołaja z Podolca, kasztelana kamienieckiego, Mikołaja Romanowskicgo, podczaszego lwowskiego i Zygmunta z Nowosielec, sędziego ziemskiego podolskiego, tudzież innych świadków wiarygodnych.”
Potwierdzenie powyższego aktu tak co do warunków darowizny na prośbę Jerzego Strumiły otrzymał O. Jerzy z Sanoka, wikary i kustosz lwowski. Potwierdzenie darowizny nastąpiło gdy wspomniany prowincjał był w Sączu w dniu 15 maja 1456 r. i tylko z tego potwierdzenia znany nam jest akt darowizny Strumiły.
****************


Najazdy tatarskie
W roku 1490 Czyszki przeżywają najazd tatarski w wyniku którego spłonął pierwszy drewniany kościół z roku 1420. Następny najazd tatarski 8 lat później niszczy wieś i kościół po raz kolejny. W roku 1509 Czyszki najeżdża Bogdan Mołdawski zadając miejscowości poważne straty. Kolejne najazdy tatarskie nawiedzają wieś w latach 1561, 1575, 1589.
W latach 1618-1620 najazdy tatarskie częściowo bądź całkowicie zniszczyły 380 osad w tym Czyszki. Straty demograficzne spowodowane najazdami tatarskimi w latach 1605-1633 na ziemi Lwowskiej wynosiły, spustoszonych miast 27 i 842 wsi w których do niewoli /w jasyr/ uprowadzono lub zamordowano, 7 070 mieszczan i 41 258 chłopów co stanowiło 37,5 % strat demograficznych na Rusi Czerwonej.
Najazdy te miały bardzo poważne skutki gospodarcze albowiem znacznie skurczyła się produkcja zbóż . Ogólny urodzaj w 9 zbadanych folwarkach spadł w r. 1621 w porównaniu z nieurodzajnym z powodu suszy rokiem 1564 więcej niż dwukrotnie. Późniejsze najazdy tatarskie z lat 1621-1629 pogłębiły kryzys gospodarczy. Ocalała od pogromu ludność rolnicza, korzystając niejednokrotnie z pomocy dworu i sąsiadów, starała się jak najszybciej odbudować gospodarstwa. Procesu odbudowy gospodarstw nie udało się uchwycić w świetle dokumentów.
W roku 1626 Czyszki przeżywają swój najcięższy okres albowiem w wyniku najazdu tureckiego wieś zniszczona została całkowicie /w 100%/. Mieszkańcy i dzierżawcy wiele uwagi poświęcali na dostosowanie majątków do obrony przed najazdami. Oto opis dworu Czyszeckiego z roku 1637 : „dwór okopany, tynem wokół obwiedziony, na okopie baszty cztery, w każdej baszcie świetlica” . Rok 1648 to kolejny najazd w którym Czyszki są doszczętnie zniszczone w tym wnętrze kościoła czyszeckiego zrujnowane, zdewastowane i zbezczeszczone . Lata 1655, 1656, 1657 to kolejne dramaty ludności czyszeckiej spowodowane najazdami tatarskimi i kozackimi w których wieś jest niszczona. W roku 1674 na tron polski wstępuje król Jan III Sobieski, który wcześniej jako Wielki Hetman Koronny prowadził walki z kozakami, tatarami i turkami i w roku 1673 pod Chocimiem rozgromił wojska tureckie. Już jako król polski, zwycięża armię turecką Kara Mustafy pod Wiedniem co jest końcem najazdów tureckich na ziemie polskie. Pozwoliło to mieszkańcom zacząć w spokoju odbudowywać infrastrukturę wsi jak i swoje gospodarstwa.
******************


Granice miejscowości
Czyszki przedstawione w Metryce Józefińskiej w 1784 r. liczyły 1484 numerów katastralnych ogółem 1526 morgów ziemi uprawnej , 572 morgi łąk, 557 morgi lasu i 189 morgów pastwisk.
Granice wsi opisane przez komisję katastralną – Akt podpisali ksiądz Barnaba Kędzierski gwardian lwowski, Józef Łamasz wójt i Stanisław Bąbała i Jan Dudka.

    „Wieś Czyszki po nad pola Czyżykowa od linii północnej czyli od rzeki podberezickiej do drogi publicznej czyżykowskiej przy łące ogrodu i obszarze dominii ma kopców 7, stąd na zachód udawszy się nieco kopiec Nr 1, od tego zaś w południe dążąc aż do końcem obszaru pańskiego Czyszek w tejże samej granicy wschodniej od Czyżykowa rachuje kopcy trzy.

     Od południa począwszy od tego ostatniego kopca linii wschodniej aż do granicy Dmitrowa z Winniczkami kopców ośm i dalej ponad pola Winniczek aż do pola Michała Dobosza poddanego czyszeckiego, Mardoliny zwanego, ma kopców 18; stąd po przy chaszczach Dmitrowskich okopami do wapialni i od potoku do wierzchu Mochnaty trzema kopcami w południe nachylonymi taż granica odznaczona, od dawidowego lasu w pierwszym diagonale do potoka kopców Nr 2, w drugim do granicy siechowskiej zachodniej kopców dwa.

     Od zachodu, od debrzy Sichów i Czyszki dzielącej po nad chaszcze Sichowa aż do stawu Kołtonowego, poddanego miejskiego, liczy kopców 12 w linii prostej, od stawu Kołtanaaż do cypla przekopanego linią w zachód wdzierająca się, z początku głębokiemi debrzami, w końcu kopcem Nr 1 granicznym, dalej na wschód kopcami Nr 2 wreszcie drogą.

    Od północy, począwszy od zapustu winnickiego az do cypla wychodzącego ku tkaczowi Dragowskiemu, w lesie mieszkającemu, drogą leśną przy której kopców trzy i dalej ku północy nachylona, aż do Wojciecha Woźnego potok Maruszka Czyszki od Winnik rozdziela; wreszcie od ogrodu Wojciecha Woźnego do rzeki stawu Winnickiego przy Marcinie Chudym wypływającej, z początku trzema wielkimi drzewami graniczącemi, dalej drogą publiczna winnicką te włości oddzielają się, a stąd począwszy od Marcina Chudego aż łanu pańskiego przy granicy czyżykowskiej środek rzeki dużej, jednym ciągiem z początku nieco Winniki, wreszcie do końca Podbereźca od Czyszek jako granica oddziela.”


Kościół i życie kościelne

Jak już pisałem parafia rzymsko-katolicka w Czyszkach powstała  11 listopada 1420 r. za zezwoleniem arcybiskupa lwowskiego Jana Rzeszowskiego a fundatorem i budowniczym był  szlachcic herbu Korab  Mikołaj Dmitrowski. Dla utrzymania proboszcza i księży nadane im były  ziemia orna, laka 45 morgów i staw na potoku Szapin. Były również inne nadania na rzecz proboszcza i kościoła w postaci dziesięciny snopowej, jałmużny od każdego  kmiecia, wieśniaka czy mieszkańca wsi obojga płci i parafian. Pierwszy kościół był drewniany pod wezwaniem Wszystkich Świętych zbudowany w 1420 r. został spalony  podczas najazdu Tatarów w roku 1490 r.

Miejsce na którym stał kościół w dawnych czasach miało charakter obronny i stanowiło gródek a podczas najazdów tureckich potrafił pomieścić wszystkich mieszkańców Czyszek , którzy zarazem byli jego obrońcami . Od północy i zachodu broniły tego miejsca strome brzegi i błotnista rzeczka. Od wschodu i południa gdzie grunt był równy były wykopane rowy obsypane od środka wysokimi wałami, na których stała drewniana baszta służąca jako dzwonnica. Rowy i wały zaczynały się po stronie wschodniej od rzeczki nieopodal kościoła poza wielkim ołtarzem ( w pobliżu dzisiejszej zakrystii) skręcały pod kątem prostym ku zachodowi i biegły jak dzisiejsza dzwonnica /dawniej baszta/ w linii prostej, przecinały ogród plebański i kończyły się znowu przy rzeczce. Wały były najeżone ostrokołem .Dla celów ostrzegawczych przed najazdem stosowano prosty system ostrzeżenia. Po górach sypano wysokie kopce zwano kurhanami i usytuowane były w miejscu gdzie widać było drugi kopiec oddalony o kilka mil. Każdy kopiec wyposażony był stos gałęzi i drzewa, który zapalano skoro w granice kraju wpadły zagony tatarskie lub inne wojska. I tak rozpalane pozostałe stosy, sygnalizowały wszystkim o najeździe umożliwiając przygotowanie obrony.

Na zdjęciu : U góry - kościół w Czyszkach  zdj. rok 2005.  U dołu  -Plebania, po lewej stronie dzwonnica i kościół a w głębi szkoła podstawowa. zdj. z 1938 r.


Przed rokiem 1492  po najeździe Tatarów  odbudowany od fundamentów kościół już murowany ma nowego patrona  - św. Leonarda opata. W roku 1648 kościół został ponownie doszczętnie zniszczony wewnątrz przez Tatarów. Po raz trzeci, w latach tysiąc siedemset siedemdziesiątych kościół jest przebudowywany prawie od podstaw, gdyż filary na których  opierało się sklepienie tak były osłabione że groziło to zawaleniem kościoła . Odbudowany kościół w którym pozostało ze starej świątyni tylko prezbiterium  poświęcił już pod wezwaniem św. Mikołaja  biskupa Mireńskiego  w 1774 r. 30 czerwca arcybiskup Wacław Sierakowski. Parafia miała 3899 wiernych i należało do niej kilka sąsiednich wiosek m.in. Dmytrowice odległe o 3,8 km od Czyszek, Czyżyków oddalone o 7 km, Winniki, Dziwnogród, Łukowa, Horodysławice odległe o 13,4 km, Winniczki odległe o 3,8 km, Głuchowice odległe o 9 km, Kozielniki, Hanaczów, Żukowa, Podbereżce i Gaje odległe o 11,4 km.  20 czerwca 1755 kościół w Czyszkach wizytuje biskup Stanisław Jezierski 29 i 30 lipca 1774 roku wizytuje i odbywa konsekracji kościoła w Czyszkach arcybiskup Wacław Sierakowski. 1 maja 1823 r. w kościele czyszeckim wizytę kanoniczną  odbywa arcybiskup lwowski Alojzy Ankwicz.  W roku 1857 r. kościół przechodzi remont  kiedy to zostaje  pobielony na zewnątrz (malarz Michał Łoźiński), prowadzono prace murarskie i pomalowano ławki i konfesjonały. W roku 1859 wymalowano i wyzłocono główny ołtarz i chrzcielnicę a zrobił to Jan Łagocki lwowski złotnik.   W roku 1920 do parafii czyszeckiej należy siedem wsi ; Czyszki  2220 dusz, Czyżyków 172 dusz, Dmytrowice 184 dusze, Gaje 26 dusz, Głuchowice 170 dusz,  Horodysławice 10 dusz, Winniczki 601 dusz , razem 3384 parafian

W 1546 założone było bractwo św. Leonarda  eregowane na prośbę ojca Stanisława z Oleska i wikariusza czyszeckiego. Lecz z braku funduszy na działalność upada.

W jego miejsce powstaje bractwo św. Różańca /przed rokiem 1755/ które otrzymało 1000 zł od starościny żytomirskiej Róży z Żebrowskich Karczewskiej. Kwota powyższa ulokowana na 8% dała podstawę finansową do działania bractwa. Bractwo św. Różańca posiadało własna organizację i składało się z Unii  które dzieliły się

 

Opis kościoła z roku 1917 jest bardzo szczegółowy. Składa się z czterech odrębnych części : z nawy głównej przeznaczonej dla ludu; prezbiterium dla kapłanów; zakrystii i ze skarbca kościelnego.
Ponadto do kościoła przynależna jest kilkakrotnie remontowana i przebudowywana dzwonnica stojąca samodzielnie w tym samym miejscu po prawej stronie Kościoła od kilku wieków oraz plebania. Nawa główna przedłużona jest jak wielka sala pokryta jednolitym sklepieniem. Posiada po cztery okna drewniane po stronie południowej i północnej i jedno od strony frontowej. Ściany są gładkie, pokryte zaprawą wapienną i ozdobione kilkoma płaskimi szkarpami celem wzmocnienie cienkich ścian. Ścianę frontową zdobią gzymsy i dekoracje wapienne oraz gustowne obramowanie drzwi . Po obu stronach drzwi we framugach stoją dwie kamienne rzeźby przedstawiające św. Jana Ewangelistę i św. Weronikę. Trzecia figurka usytuowana została wysoko nad drzwiami jakby w ołtarzyku z dwoma okrągłymi słupkami. W niszy pod łuskowatym daszkiem stoi figura Najświętszej Maryi Panny .Całość pomalowana jest trzema kolorami żółtym, zielonym i niebieskim.

Druga część kościoła tj. prezbiterium jest starszego pochodzenia i jako jedyny fragment po starym kościele pozostał w niezmienionym stylu . Za wielkim ołtarzem zamyka się trzyboczna ściana podparta czterema gotyckimi przyporami. W południowej ścianie są dwa otwory przez które wpada światło do środka kościoła. Pozostały ślady po trzech starych oknach które zostały zamurowane gdzie w środkowym pozostawiono framugę  i w  niej kamienną figurę Pana Jezusa siedzącego w koronie cierniowej z wyrytym pod spodem rokiem 1778.

Po prawej stronie prezbiterium znajduje się murowana zakrystia z podwójnym wejściem , do prezbiterium i na zewnątrz. Po lewej stronie  prezbiterium znajduje się skarbiec kościelny który służył poprzednio jako zakrystia. Dach kościoła pokryty w 1897 gontem w roku 1909 to jest po  11 latach pokryty zostaje  dachówką w kształcie rybiej łuski tzw. karpiówką a na szczycie wznosi się wieżyczka pokryta blachą  w której umieszczony jest sygnaturowy dzwonek. Cała bryła kościoła sprawia przyjemne wrażenie .

Kościół z prezbiterium, wymiary - długość - 31 m, szerokość - 18 m, wysokość - 19,8 m.
Zakrystia - długość - 7,5 m, szerokość - 5,9 m, wysokość - 4,7 m
Skarbiec - długość - 6,3 m, szerokość - 4,15 m

Na zdjęciu ołtarz główny kościoła w Czyszkach. zdj. z roku 1935

W roku 1648 kościół został doszczętnie zniszczony wewnątrz i sprofanowany przez Tatarów  i    Kozaków. Wnętrze kościoła w roku 1917 robi bardzo duże wrażenie . Była to świątynia jednonawowa do której wchodziło się  przez jedyne wielkie  drzwi . Posadzka gładka z płyt trembowelskich,   ściany  kolorowane z kilkoma obrazami malowanymi na ścianach. Wpadają w oko trzy ołtarze i ambona .Wielki ołtarz osłania trzyboczna ścianę  od posadzki aż po samo sklepienie. Ołtarz można podzielić na piętra. Na kilku stopniach drewnianych ustawiony jest stół ołtarzowy (menza), którego przód  dla patrzących jest rzeźbiony i wyzłacany. Na stole tym /pierwsze piętro/ postawione jest pośrodku wspaniałe rzeźbione i pozłacane tabernakulum, dla Najśw. Sakramentu a przed nim tron dla ustawienia  monstrancji. Po obu stronach tabernakulum rozchodzą się ku ścianie rzeźbione dekoracje. Nad tabernakulum ołtarz  /drugie piętro/ rozszerza się znacznie i rozwija w przestrzeń dźwigająca na czterech kolumnach gzyms. W środku w głębokiej wnęce okolonej  rzeźbioną ramą znajduje się  cudowny i starożytny obraz Matki Bożej z Dzieciątkiem w złoconych sukniach  i koronach, z napisem pod obrazem „ WSPOMOŻENIE WIERNYCH, MÓDL SIĘ ZA NAMI”.  Obraz starożytny zasłaniany był malowanym na płótnie wizerunkiem św. Mikołaja autorstwa art. malarza Rossowskiego. Obraz ten mocowany był na specjalnej zasuwie tak aby można było go przemieszczać. Po obu stronach obrazu miedzy kolumnami były umieszczone figury świętych biskupów Stanisława i Wojciecha. Ponad gzymsem wznosi się najwyższa część ołtarza /trzecie piętro/ zwana tymponem. Jest to cześć wyłącznie ornamentacyjna składająca się z samych rzeźb. W środku rzeźba pana Jezusa na krzyżu,  w okolicy którego są promienie i obłoki. Dalej od krzyża ustawione są dwie figury ; Matki Bożej i św. Jana. Cały ołtarz polichromowany jest na marmur i bogato złocony i jest wspaniała ozdoba kościoła.

  W roku 1944 w miejscu obrazu widać figurę Matki Bożej ze złożonymi rękoma a nad nią napis „ AVE MARYJA”. Nie są znane okoliczności zamiany obrazu na figurkę i napisu oraz data tej zamiany. Można przypuszczać że obraz został poddany konserwacji albowiem datowany był na XVII wiek  i poprzez zawieruchę wojenną zaginął .

Na granicy oddzielającą  część prezbiterium od nawy głównej, pod tęczą kościelną  ustawione są po prawej i lewej stronie podobne co do wystroju, bogato rzeźbione i złocone , ołtarze. W ołtarzu lewym jest obraz Matki Bożej Różańcowej a na zasuwie obraz Najświętszego Serca Pana Jezusa. Ołtarz po prawej stronie posiada obraz św. O. Franciszka Serafickiego obmywającego rany (stygmaty) a na zasuwie obraz św. Antoniego Padewskiego z dzieciątkiem Jezus na rękach. W obydwu ołtarzach stoją trony dla monstrancji lecz są odmiennego kształtu. Maja po cztery kolumny, lecz miedzy nimi stoją różne figury. Ołtarze te mają podobne górne tympanony, mające rzeźbione w drzewie opony pod którymi są różne figury. Na ołtarzu lewym stoi na kuli ziemskiej figura Boga ojca, a na ołtarzu prawym znajduje się na globusie Niepokalana, gniotąca noga głowę węża. Ściany proste ozdobione przyporami podtrzymującymi sklepienie. Po prawej stronie dostosowana wystrojem zawieszona była rzeźbiona ambona  która na plecach ma płaskorzeźbę Niepokalanej  a na obdasznicy  zakończona jest krzyżem. Obok ołtarza św. Franciszka  stała chrzcielnica w kształcie wielkiego kielicha wykonana z kamienia  z płaskorzeźbami w przedstawiające kwiatowe girlandy. Chrzcielnicę zamyka pokrywa drewniana z wyrzeźbionymi czterema rybami, którym z nozdrzy wypływaj dwa strumienie  wody. Przy wejściu ponad drzwiami wejściowymi wznosi się murowany , na dwóch filarach wsparty chór  z drewniana barierą  od przodu. Na chórze zamontowane sześciogłosowe organy z pedałem które w roku 1860 zrekonstruowane. 1894 – rozebrano stary babiniec /7,8x10,8 m / przedłużono kościół o dwie  dekady.

Opisy kościoła z roku 1755 przedstawiają wnętrze kościoła w którym było osiem ołtarzy malowanych , dość ozdobnie wyzłacanych i posrebrzanych w dwóch bocznych nawach były umieszczone oraz chór z organami. Pierwotny chór był drewniany i posiadał zamontowaną pozytywkę na 9 głosów. Na ścianach były kamienne obrazy (płaskorzeźby) których po przebudowie pozostało tylko cztery zamontowane na dzwonnicy . Jedna z płaskorzeźb przedstawiała Mękę pana Jezusa. Poza malowidłami na ścianie wnętrze kościoła ozdobione jest obrazami na płótnie które przedstawiają ; św. Mikołaja, Niepokalanego Poczęcia N.M.P., św. Antoniego z dzieciątkiem i Wniebowzięcia N. Panny. Ponadto na ścianach obrazy olejne 14 stacji Drogi Krzyżowej. W roku 1862 – odnowiono ołtarz św. Leonarda a 1863 odnowiono ołtarz św. Michała i dwa inne obrazy. 1897 i 1898 odrestaurowano i przerobiono plebanię . W 1913 ustawiono nowy wielki ołtarz .

                                                                                                                                                                 

 

 

 

 

 

Ze starego pozostał cudowny obraz Matki Bożej oraz rzeźby P. Jezus ukrzyżowany i dwaj aniołowie.
Najświętszego Serca Jezusa oraz św. Antoniego Padewskiego z Dzieciątkiem Jezus na ręce przywiezione z Czyszek w październiku 1945 r. Przez ks. Augustyna Aurelego znajdujące się obecnie /2005 r./ w kościele parafialnym w miejscowości Święte k/Przemyśla.   /patrz zdjęcia/

Ambona wykonana w roku 1931 w stylu barokowym polichromowana. Składa się z ambany i ciężkiego daszku, którego szczyt wieńczy  krzyż. Boki zewnętrze czary zdobią płaskorzeźby czterech ewangielistów bogato złocone, a na froncie ambony widnieje herb Franciszkański srebrzony. Na filarze łączącym ambonę z daszkiem jest płaskorzeźba z Dekalogiem.

Organy  wykonane w 1912 roku o jednej klawiaturze i pedale posiadały sześć rejestrów. Naprawione w roku 1922 a w 1936 roku dano nowy pryncypał , nastrojono i pomalowano.

Obok chrzcielnicy na ścianie wmurowana wypukła rzeźba /95x95/ przedstawiająca chrzest Pana Jezusa – pomalowana w marmur szarozielony.


 Wyposażenie kościoła :

dwa dębowe konfesjonały ,rzeźbione zakończone u szczytu krzyżem.
dwa sosnowe konfesjonały proste odnowione w 1937 r.
dwa sosnowe przenośne konfesjonały z 1934 roku /zdjęcie obok/
cztery klęczniki wyściełane czerwonym aksamitem
cztery kielichy z paterą
dwie monstrancje
15 lichtarzy
dwa wielkie lichtarze
dwa kandelabry
kadzielnica z łódką
lampa wieczna
dwie pary kinkietów
ławki dębowe
ławki sosnowe
dwa katafalki - trzykondygnacyjny /1937/, dziecięcy
24 ornaty – wyszywane
6 kap – wyszywanych                                                    
10 sztandarów białych z naszywanymi obrazami
cztery sztandary czarne – pogrzebowe
czerwony sztandar strażacki z naszytymi obrazami
cztery chorągwie : tercjarska, różańcowa i dwie duże czarne
księgi kościelne : dwa nowe mszały kościelne, dwa mszały z 1855 r. żałobne mszały z 1911 i 1928 r., compenium evangelikum z 1855 r., perykopy niedzielne przekład ks.Szczepańskiego z 1917 r., Ritnale Romanum z 1927 i 1928 r., Cantionale z 1886 i 1897 r.,Cantionale Siedlecki z 1880 r., mszał żałobny z 1939 r. oraz inne drobne przedmioty

Do gruntów kościelnych w 1937 r. należało: 

Nowa plebania zbudowana w 1929 roku przez oo. Franciszkanów Lwowskich . Do zabudowań kościelnych należały również : stara plebania, stajnia, wozownia, drewutnia, oraz budynek liczacy 36 m długości i 11,20 m szerokości wybudowany w 1909 roku i przeznaczony na stodołę..

Grunty beneficjalne stanowiące własność oo. Franciszkanów liczą 34 ha 99 a wg stanu roku 1934. Grunty beneficjalne probostwa w Czyszkach : role – 19 ha 86 a 84 m2, łąki – 13 ha 53 a 63 m2, ogrody – 72 a 29 m2, pastwiska – 40 a 28 m2, plac budowlany 46 a 93 m2 oraz pole w Dmytrowicach 9a 42 m2.

Pomników i tablic grobowych kościół nie posiada. Ma natomiast wmurowaną przy głównym ołtarzu czarną kamienną płytę na której wyryto napis:

Consecratio

Hujus Ecclesiae facta

Anno 1774 die 1 Aug.

In honorem S.Leonardi AB.

A Celssimo.Excel. D. Venceslao

Sierakowski

Archiep. Leop.

Co należy przetłumaczyć : „Kościół ten poświęcony w 1774 dnia 1 sierpnia ku czci św. Leonarda Opata przez J. W. Excell. Wacława Sierakowskiego Arcybiskupa lwowskiego.

Analizując historie kościoła czyszeckiego należy zwrócić uwagę że w roku tym poświecono kościół po odbudowie ku czci św. Mikołaja biskupa. Trudno wytłumaczyć ten błąd który przetrwał do roku 1917.

********************

7 kap i 9 ornat z Czyszek przywiózł ks. Augustyn Aureli w październiku 1945 roku w czasie ucieczki. Przekazał je do kościoła pod wezwaniem Narodzenia Najświętszej Marii Panny w miejscowości Święte k/Przemyśla. Zapomniane i zniszczone a odnalezione przez autora w schowku kościoła w Świętym. Dwa ornaty przekazał do kościoła w Walawie gdzie do chwili obecnej odprawiane są w nich msze św.

Na zdjęciu : Autor z ornatem z 1895 r. w którym ksiądz chrzcił  dzieci w parafii Czyszeckiej. Ornat uratował o.Aurelii w 1945 r. i przywiózł do kościoła w miejscowości  Święte wraz z innymi które do roku 2005 były tam przechowywane.  zdj. z roku 2005

 

 

Dzwonnica kościelna

 

 

 

Dzwon   na dzwonnicy w Czyszkach  największy z trzech, wykonany i poświęcony w 1924 r.  Zdj. 2008 r.

 

 

 

Dzwonnica wg opisu z 1755 r. była drewniana jednopiętrowa i służyła jako baszta a dostosowana do linii wałów obronnych dlatego stoi nieco bokiem do kościoła od strony południowej .Po remoncie jest murowana i podwyższona o jedno piętro pokryta blaszanym dachem czterospadowym z krzyżem u szczytu. W roku 1908 11 października w niedziele poświęcono trzy nowe dzwony wieżowe nadając im imiona. Największemu ważącemu bez osprzętu 550 kg - Maryja, średniemu ważącemu 294 kg - Józef i trzeciemu który miał cieżar169 kg - Jan Ewangelista. W uroczystości wzięło udział około tysiąca parafian a dzwony poświęcił o. Benigny Chmura.

Dzwony odznaczone złotym medalem na wystawie przemysłowej w Jarosławiu wykonano w firmie Karola Szwabego w Białej.  Stare trzy dzwony czyszeckie  160,  117 i 80 kg przekazano do Głuchowic za kwotę 500 koron na rzecz nowych .

W roku 1909 w dzwonnicy otynkowano ściany i zamontowano żaluzje. Na pamiątkę odrestaurowania i podwyższenia wmurowano kamień z napisem: „Odnow. R.,,1909 „    Na froncie tej dzwonnicy u dołu na dwóch narożnikach wmurowane są cztery kamienne płaskorzeźby  pozostałość po przednim gotyckim kościele  . Pierwsza rzeźba o wymiarach 120x110 cm  rzeźba przedstawia Ukoronowanie cierniem  P. Jezusa. Zbawiciel siedzi twarzą zwróconą do widza a po bokach jego siepacze trzcinami uderzając, wbijają cierniska w głowę. Druga rzeźba o wymiarach 120x85 cm przedstawia postać Matki Bożej siedzącej, z siedmioma mieczami w piersiach. Trzecia rzeźba o wymiarach 120x85 przedstawia P. Jezusa klęczącego w Ogrojcu a ponad nim w obłokach anioł z kielichem w lewej ręce. Czwarta  o wymiarach  120x70 przedstawia scenę biczowania P. Jezusa. 20 czerwca 1916 roku komisja wojsk austryjackich  zabrała  z Głuchowic, dwa większe dzwony 160 i 117 kg  za które 20 stycznia 1917 zapłaciły 1108 koron , natomiast  21 czerwca zabrano dwa największe dzwony z Czyszek 550 i 294 kg za które wojsko austryjackie zapłaciło 3348 koron 20 stycznia  1917 roku.

4 sierpnia 1924 r. poświęcono dwa nowe dzwony umieszczone na dzwonnicy kościelnej, zakupione ze składek parafian w firmie Rudolfa Matheiselego we Lwowie w kwietniu tego roku.  Największy poświęcony P. Jezusowi Ukrzyżowanemu ma  obraz P. Jezusa  i napis:   "Za pięćsetletnie wśród  nas królowanie Twoje Panie Jezu, z darów Twoich składamy Ci ofiarę. Wdzięczni parafianie. Czyszki 1420-1924” – waży bez okucia 640 kg. z okuciem 800 kg. i ma być pamiątką pięćsetlecia istnienia parafii w Czyszkach.  Drugi dzwon mniejszy waży 328 kg. bez okucia. Ma obraz Matki Bożej Częstochowskiej i napis „ Za wskrzeszenie ojczyzny i cud nad Wisłą, orędownictwem Twojem u Boga ubłagane i za ciągłą nad nami opiekę Twoją, Tobie Królowo Korony Polskiej dzwon ten składamy w ofierze. Wdzięczni parafianie. Czyszki."

Tak więc czyszecka dzwonnica w roku 1924  znowu posiada trzy zharmonizowane dźwiękiem dzwony.

W roku 1944/45 wikary czyszeckiej parafii o. Augustyn Aureli przy pomocy pięciu mężczyzn wywozi po kryjomu z Czyszek dwa najmniejsze dzwony i ukrywa je przed okupantem w niewiadomym do dnia dzisiejszego miejscu. Uczestnicy tej operacji pod przysięgą zobowiązali się dochować tajemnicy i  miejsca tego nie zdradzić aż do chwili zakończenia wojny i gdy Czyszki znowu będą pod administracja polską. Do chwili obecnej nieznane jest to miejsce. Ostatni z wtajemniczonych zmarł w roku 2005. 

********************

Dwór cały w dobrym stanie w skład którego wchodziło; szopa, spichlerz, stajnie, szopa na młockę z tokiem, brog na siano w którym mieściło się 60 wozów siana, murowana mleczarnia, (stan w roku 1820) W roku 1825 30 grudnia o godz. piątej nad ranem wybucha pożar który zniszczył dwa budynki gospodarcze w których przechowywane było 40 kop jęczmienia, 120 kop tatarki, 45 wozów siana. Spaleniu uległ również dach ze stajni i kurniku. W trakcie gaszenia zdarto dach ze stajni aby zabezpieczyć kościół przed rozprzestrzeniającym się pożarem.

**********************

Na zdjęciu stara plebania w Czyszkach wybudowana w roku 1802. Zdj. z roku 1916.

W roku 1755 przy kościele jest szpital  dla ubogich utrzymujący się tylko z jałmużny. Dwór cały w dobrym stanie w skład którego wchodziło; szopa, spichlerz, stajnie, szopa na młockę z tokiem, brog na siano w którym mieściło się 60 wozów siana, murowana mleczarnia, (stan w roku 1820) W roku 1825 30 grudnia o godz. piątej nad ranem wybucha pożar który zniszczył dwa budynki gospodarcze w których przechowywane było 40 kop jęczmienia, 120 kop tatarki, 45 wozów siana. Spaleniu uległ również dach ze stajni i kurniku. W trakcie gaszenia  zdarto dach ze stajni aby zabezpieczyć kościół przed rozprzestrzeniającym się pożarem.  Na zachód od kościoła znajdowała się plebania. Najstarszy opis plebani jest z roku 1820 Plebania murowana w 1802 roku z 6 pokojami, sienią przedzielone, pokoje jeden duży i jeden mały dla plebana z drugiej cztery małe. W plebani jest 11 okien, 9 drzwi, dwa kominy z gontowym dachem . 

W roku 1897 i 1898 odrestaurowano i przerobiono plebanię .W roku 1909 rozebrano lepiankowe stajnie stojące w pobliżu dzwonnicy które rozlatywały się ze starości. w miejscu tym wybudowano budynek gospodarczy z kuchnią i 2 pokoiki dla kucharki , małą spiżarką, piwnice, kurnik, chlewy stajnie dla krów i koni oraz  dwa pokoiki dla czeladzi jak i drewutnię i wozówkę. Cały budynek pokryto dachówką z Drohobycza.  Dobudowano werandę do budynku plebani. Plany  postawienia nowego budynku dla proboszcza i wikarych były już od dawna lecz I wojna światowa przeszkodziła w ich realizacji.

Plebania nowa zbudowana w 1929 roku przez oo. Franciszkanów Lwowskich . Jest to budynek mieszkalny murowany z cegły. Budowano go za prowincjałatu o. Kornelego Czupryka za czasów gwardianii we Lwowie o. Wiktora Turka.  Dom cały kryty jest blachą ocynkowaną. Pokoje wyłożone podłogą z parkietu. W pokojach piece kaflowe.  Pierwotnie zbudowana była w formie willi lecz w roku 1939 dobudowano na bocznych skrzydłach, cztery pokoje – stąd ma wygląd piętrowej kamienicy. Na pierwszym piętrze jest osiem pokoi  łazienka i ubikacja. Na parterze trzy pokoje gościnne , jadalnia, kuchnia, mieszkanie dla służby i pomieszczenie na kancelarię parafialną. Na piętro prowadzą masywne schody dębowe. Na korytarzach chodniki kokosowe. Dom ogrodzony jest żelaznym parkanem od strony kościoła. Z innych stron płotem o słupkach i ryglach dębowych a łatach sosnowych.

Jadalnia – refektarz  malowany w kolorze ciemno-brązowym o dużej przestrzeni. Posiada piec kaflowy o kolorze żółto –jasnym, podłoga parkietowa. Wyposażona w duży stół o nogach dębowych a blacie sosnowym z dziewięcioma krzesłami , duży sosnowy kredens o trzech przedziałach i dziewięciu szufladach w których znajdują się naczynia serwisowe, talerze, filiżanki i półmiski. Ściany zdobią obrazy przedstawiające św. Mikołaja, św. Teresę , portrety śp. Piusa XI  i żyjącego ks. Arcybiskupa Bolesława Twardowskiego.

Kuchnia kaflowa o trzech żelaznych blatach z bratrurą i kotłem blaszanym na ciepłą wodę. Podłoga z prostych desek . Przed kuchnią jest przedpokój w którym stoi stół i wieszak na płaszcze. Naprzeciwko kuchni jest pokój dla służby.

Kancelaria parafialna znajdowała się u wejścia do korytarza wyposażony w duży piec kaflowy o kolorze jasnej czekolady . Podłoga parkietowa . Biurko kancelaryjne o sześciu szufladach i jednej środkowej. Szafa sosnowa na książki i akta. Kanapa koszykowa i trzy krzesła. Posiadała również komodę ze stojącym pulpitem. Obrazy Matki Bożej Ostrobramskiej, portrety prymasa Kardynała Hlonda i fotografia arcybiskupa ks. Twardowskiego i krzyż stojący na biurku. Obraz Matki Boskiej Bolesnej Krakowskiej i obrazek Ukrzyżowanego Pana Jezusa.

Pokoje na parterze. Jest ich trzy i wyposażone są w piec kaflowy, podłogę parkietowa, łóżko blaszane o kolorze zielonym, kanapę rozkładaną, stół i dwa krzesła. Umywalkę z miednicą umieszcza się z chwilą przyjazdu gościa. Na korytarzu stoi szafa sosnowa o pięciu przedziałach oszklonych z przeznaczeniem na bibliotekę domową . Książek przeważnie o tematyce kaznodziejskiej jest około pięćset. Z korytarza dolnego tuż obok kancelarii jest wejście do piwnicy która jest podmurowana i znajduje się pod całym domem.

Pokoje na piętrze. Jest ich osiem , jedna łazienka i ubikacja. Dwa pokoje zajmuje proboszcz. Mieszkanie proboszcza ma dwa piece kaflowe, podłogę parkietową , jeden stół, jedno biurko, kanapę do rozkładania , 6 krzeseł zwyczajnych, jeden fotel, szafę na bieliznę , dużą szafę na płaszcze i habity, dwa stojaki i dwa kosze na kwiaty. W sypialni łóżka jesionowe i dywan na ścianie. Księża pozostali zajmowali po jednym pokoju  podobnie wyposażonych.

Budynki gospodarcze powstały za czasów probostwa o. Bonifacego Chramy /1905/  zbudowane z cegły pokryte dachówką czerwoną. W budynku są duże stajnie, jeden chlew, mieszkanie dla furmana, kuchnia dla bydła, piec chlebowy, spiżarnia, wozownia, drewutnia , kurnik, i toaleta dla służby. W wozowni stoją  powóz, wózek wyjazdowy do szkół, wóz gospodarczy, sanie bose i wyjazdowe oraz pług, brony i inny sprzęt. W kuchni piec ceglany do pieczenia chleba , kuchnia ceglana do gotowania ziemniaków dla krów i świń, łóżko żelazne dla służącej, stół mały drewniany i parę krzeseł. W mieszkaniu furmana łóżko żelazne, piec ceglany, szafa na odzież, stół mały drewniany.  Inwentarz żywy to 5 krów, jedno ciele, 2 konie /”Kubuś” i „Kasztanka”/, 2 świnie, 20 kur, 20 kaczek i trzy psy. Koło budynków gospodarczych studnia z pompą tłocząca.  Budynek liczy 36 m długości i 11,20 m szerokości   Stara plebania przekazana została do użytku przez „Akcję Katolicką” .  Opisy wg. stanu roku 1935.

**********************

Kaplice

Na obszarze działania parafii postawiono 2 kaplice murowane w których odprawiano msze. W 1902 r. zaczęto budowę kaplicy w Głuchowicach. 23 sierpnia 1903 została poświęcona pod wezwaniem św. Antoniego z Padwy przez prowincjała oo. Franciszkanów o. Benigny Chmurę, mogąca pomieścić około 400 osób. Główny odpust przypadał na dzień 13 czerwca. Druga kaplica wybudowana była w Czyżykowie przez Henrykę Roloffową żonę zmarłego 8 maja 1901 r.  właściciela części Czyżykowa Aleksandra Roloffa .Henryka zmarła 20.01.1919 r. Wybudowana została wg jego życzenia obok miejscowego cmentarza. Poświęcona 17 sierpnia 1905 pod wezwaniem  N.P. Maryi .Ponadto było 6 kapliczek przydrożnych – na drodze z Czyszek do Winniczek zbudowana 30 września 1869 r. ku czci św. Walentego, na drodze do Czyżykowa  kapliczka „Grunwaldzka” zbudowana w pięćsetletnią rocznicę zwycięstwa pod Grunwaldem. Przy drodze z dworu czyszeckiego do kościoła dwie kapliczki pod wezwaniem Matki Bożej i św. Jana i przy drodze z dworu na Wólki   kapliczki  św. Franciszka i św. Antoniego.  Była również kapliczka mszalna murowana we dworze czyszeckim.

Proboszczowie, kooperatorowie i święci
Szymon Jancykiewicz                 1666 - 1687
Ambroży Jabłoński                     1682
Franciszek Kryński                     1687 - 1688
Antoni Krokwiński                     1688 - 1690
Adryan Skopniewicz                  1690 - 1693
Benedykt Kozłowski                  1693 - 1698
Antoni Zawolski                         1698 - 1698
Ludwik Kondracki                     1698 - 1701
Antoni Szarowolski                    1701 - 1706
Józef Baranowicz                       1706 - 1711
Stanisław Krupski                      1711 - 1713
Marek Szychowicz                     1713 - 1717
Franciszek Sierzputowski           1717 - 1718
Grzegorz Rzeczkowski               1718 - 1724
Marceli Nowicki                        1724 - 1725
Daniel Papierkowski                  1725 - 1726
Teodor Stapiński                       1726 - 1726
Stanisław Pawłowski                  1726 - 1728
Aleksander Łokaczewski           1728 - 1728
Szymon Długosz                         1728 - 1729
Aleksander Łokaczewski            1729 - 1732
Kazimierz Buczkowski               1732 - 1732
Antoni Jezierski                          1732 - 1733
Szymon Długosz                        1733 - 1734                    zm. 27.12.1754  Lwów
Daniel Barowicz                         1734 - 1738
Antoni Jezierski                          1738 - 1740                   zm. 9.11.1755   Kamieniec
Bartłomiej Filipowski                  1740 - 1740
Mikołaj Bartnicki                        1740 - 1746
Franciszek Matusiewicz              1746 - 1749
Jan Chryzostom Hryszkiewicz     1749 - 1749
Leon Ruszkowski                       1749 - 1750
Józef Krotolski                            1750 - 1754
Antoni Janczewski                       1754 - 1757
Ferdynand Białobłocki                 1757 - 1757
Ludwik Hędlewicz                       1757 - 1759
Franciszek Zawadowski               1759 - 1760
Patrycy Brodowski                       1760 - 1761               zm.25.06.1807  Komargród
Paweł Iskierski                             1761 - 1762
Jan Łopuszyński                           1762 - 1763
Piotr Michałoski                           1763 - 1768               zm. 22.06.1792  Lwów
Maciej Jasiewicz                          1768 - 1768
Bonawentura Leszczyński             1768 - 1769
Ludwik Bułaszewski                     1769 - 1771
Antoni Bromierski                         1771 - 1773
Tadeusz Białokierski                     1773 - 1776
Antoni Blumberg                           1776 - 1777               zm.6.09.1781   Puszcza Solska
Adryan Siarkiewicz                       1777 - 1779               zm. 30.04.1805    Krosno
Maciej Rudziński                           1779 - 1780
Jakób Lewndowski                       1780 - 1781
Manswety Lechmanowicz              1781 - 1791             zm.16.06.1802   Lwów
Prot Olszewski                              1783 - 1799             zm. 28.10.1818  Nowy Sącz
prob. Barnabas Kędzierski             1786 - 1799            zm.  2.11.1799    Czyszki

Bonawentura Grochowski              1799 - 1800            zm. 22.02.1853   Lwów
Hiacynt Wszelaczyński                   1799 - 1807  
Witalis Nowiszewski                      1800 - 1806            zm. 18.04.1832    Nowosielec
Ludwik Haładkiewicz                     1806 - 1808
Michał Szkodziński                         1807 - 1813
Honorat Warnicki                           1813 - 1816            zm. 16.02.1846    Nowosiółki
Apoloniusz Koguc                          1816 - 1816
Paschalis Pajączkowski                  1816 - 1818            zm. 3.05.1831    Halicz
Michał Szkodziński                        1818 - 1819
Józef Taborski                                1819                       zm. 18.03.1867   Kalwaria Pacławska
Ludwik Haładkiewicz                     1830 - 1834            zm. 19.10.1855   Halicz
Cypryan Sułkowski                        1834                       zm. 21.11.1874  Halicz
Kornel Motylewicz                         1838                       zm. 21.06.1847  Dubiecko
Kasyan Detz                                  1841               
Wawrzyniec Ferensiak                   1844                       zm. 29.01.1879  Kraków
Kasyan Detz                                  1855 - 1855           zm. 21.12.1855   Czyszki
Władysław Mach                           1856                       zm. 25.12.1870    Lwów 
Wincenty Filar                               1867 - 1875            zm. 1.10.1896   Czyszki
Jan Szeligiewicz                             1869 - 1875            zm.11.03.1875   Czyszki
Norbert Sobolewski                      1896                       zm. 16.04.1915  Krosno
Benigny Chmura                            1905                       zm. 30.05.1910  Sanok
Karol Olbrycht                              1914                       zm. 17.12.1937   Lwów
Eugeniusz Damrozek                     1924 -1925     
Eugeniusz Damrozek                     1927 - 1930            zm. 20.03.1945  Przemyśl
Wiktor Turek                                1930 -1939             zm. 24.07.1939  Czyszki

Wikariusze

Dyonizy Sowiak                       1898
Egidiusz Domrazek                   1900
Dyonizy Sowiak                       1900                            zm. 11.02.1923   Wilno
Gabryel Klus                             1902
Andrzej Knurek                        1903                            zm. 23.10.1920   Przemyśl 
Ludwik Pachowicz                    1904                           zm. 5.02.1909   Kraków
Egidiusz Domrazek                    1908                           zm. 20.03.1945  Przemyśl
Tadeusz Wołczański                  1912                           zm.  17.09.1944  Sanok       2-gi wikariusz
Egidiusz Schmitz                       1914
Izydor Olbrycht                        1914                          zm. 6.03.1920  Lwów
Wacław Niewodowski             1914                          zm. 4.04.1956   Sanok 
Wananty Katarzyniec               1914 - 1915               zm.
31.03.1921   Kalwaria Pacławska
Augustyn Hamielec                   1915                          zm. 26.05.1956  Radomsko
Kajetan  Krzyżanowski            1916                           zm. 30.11.1962   Kraków
Sylwester Pyznar                      1917              
Kornel Czupryk                       1917                          zm. 6.06.1988   Radomsko
Izydor Olbrycht                         1918                        zm. 6.03.1920   Lwów
Remigiusz Huppenthal               1920              
Stanisław Jędrychowicz             1924 - 1927
Dawid Semen                            1925 - 1927             zm. 27.01.1939  Lwów
Antoni Romański                       1927 - 1929             zm.  8.01.1929  Czyszki
Hieronim Konopka                    1927 - 1936             zm. 8.08.1944   Sanok
Izydor Lewczuk                         1927, 1932 – 1936   zm. 27.12.1951 w Liverpolu w Anglii
Inocenty Guz                             1930 - 1933              zm. 6.06.1940  w Obozie w Oraninburgu
Protazy Sobkowiak                   1932 - 1934              zm.  20.06.1943  Kraków
Salvator Trzeciak                       1932
Zbigniew Młynik                        1935                        zm. 5.07.1995  w Nagasaki  Japonia
Otho Szmyd                               1935                       zm.  20.01.1980  Sanok    
Kamil Wełmański                       1935 -1945            zm. 14.03.1999  Wilno

Urban Bryk                                1935 – 1936  
Eugeniusz Jankowski                  1935
Felicjan Szustak                         1936                       zm. 4.08.1961   Łódź
Fryderyk Górka                         1936               
Honoriusz Grabowski                 1936                     zm. 18.11.1937  Lwów
Apoloniusz Przechodzień            1936                     zm.  19.01.1978  Kalisz
Augustyn Aureli                          1937-1945           zm. 6.08.1988  Jasło
Aleksander Kwaśniak                 1939-1945           zm.  12.02.1974  Przemyśl
Socha
Albert Wojtczak                          1943 -1945         zginął na Rysach  13.07.1962
Mikołaj Tokarski                         1944 -1945   
Kożuszek Beniamin                             - 1945           zm. 4.02.1945  Kozielniki

Izydor Urban                                       - 1945

Ostatni wikary z Czyszek -  parafii na kresach  

W rozdziale tym prezentuję osobę duchowną, franciszkanina O. Augustyna Aurelego,   wikarego  w latach 1937-1945 w parafii Czyszki k.Lwowa. Urodził się w Rabie Wyżnej w roku 1911 w bardzo licznej rodzinie. Syn Władysława /1873-1962/ i Katarzyny z domu Grzegorczyk /1882-1947/ . Ojciec organista w parafii  prowadził urząd pocztowy w Rabie Wyżnej.  Posiadali  11 dzieci : Bolesław /1901/, Mieczysław /1903/ , Józef, Edward, Maria /1905/, Marian /1906/ , Władysława /1909/, Wiktor /o.Aureli/ , Franciszka /1912, Kazimierz /1914/, Tadeusz, Jan /1920/, Zofia /1921/.  Wstąpienie do niższego seminarium duchownego we Lwowie było podyktowane zdobyciem wykształcenia, które w ówczesnych czasach było bardzo drogie.

 

                                             O. Augustyn Aurelii w otoczeniu kobiet czyszeckich. Rok 1942

 

                                                               Podpis O. Augustyna Aurelego. Rok 1943

Po rozmowie z ojcem, który decyzję dalszego kształcenia zostawia synowi stwierdzając „ bo jeśli masz być złym księdzem to lepiej byś był dobrym ojcem” wstępuje do wyższego seminarium duchownego we Lwowie gdzie w roku 1935 otrzymuje święcenia kapłańskie. Decyzja była powodowana mocnym powołaniem i Aurelii nigdy jej nie żałował.  Był księdzem pogodnym i życzliwym, skupiający wokół siebie wiele  osób.

Zaraz po wejściu Niemców w 1942 r. do Czyszek, przy konfesjonale  O. Aurelego   poprosił o pomoc żołnierz Armii Radzieckiej, która się wycofała. Prosił by ksiądz zatrzymał Go w kościele jako pomocnika w gospodarstwie lub stajennego i że nie chce wracać do wojska.  Był to Ormianin z w Tyflisu  / obecnie Tbilisi / o nazwisku Sergiusz Isajew, który pracując przy budowie drogi ukrył się w kościele w Czyszkach.  Sergiusz przebywał w Czyszkach około 6 miesięcy i z chwilą gdy zaczęli interesować się nim mieszkańcy, O. Aurelemu udało się zbiega przerzucić do rodzinnej miejscowości Rawy Wyżnej, gdzie u rodziny księdza pomagał w gospodarstwie. Tam też przetrwał nie tylko wojnę ale pozostał w Polsce do połowy lat 60-tych. Bał się wracać do Gruzji  mimo że miał tam żonę i dwoje dzieci. Znał osobiście Stalina, który kształcił się w seminarium duchownym,  które mieściło się w sąsiedztwie Jego domu  i wiedział co Go czeka gdy wróci.  W ukrywaniu Isajewa zaangażowana była cała rodzina Augustynów mimo wiadomych konsekwencji  jakie na nią czekały po wydaniu się, że dała schronienie byłemu żołnierzowi „bratniej armii” . Pogmatwany był życiorys Sergiusza, który będąc przekonany że żona nie żyje ożenił się po raz drugi w latach 50 - tych z mieszkanką Raby Wyżnej i przy pomocy siostry O. Aurelego Franciszki Iwanickiej  otrzymał obywatelstwo polskie na nazwisko Markowski Jan.  Do Gruzji powrócił  w roku 1965 lub 1966 gdy dowiedział się że jego pierwsza żona i dzieci żyją. Ostatni kontakt z  uratowanym zbiegiem miała siostrzenica O. Aurelego w roku 1974 podczas wycieczki studenckiej do Gruzji. Będąc staruszkiem Sergiusz Isajew zwierzył się , że gdyby miał jakiekolwiek szanse sprowadzenia rodziny do polski to nigdy by do tego „raju” nie wrócił.



                                        Sergiusz Isajew w Rabie Wyżnej u rodziny Augustyn, rok 1945

                                            Zdj. ze zbiorów  Franciszki Iwanickiej siostry o. Aurelego

 W roku 1942-43 podczas okupacji niemieckiej wraz z pięcioma mężczyznami O. Aureli zakopuje dwa spiżowe dzwony kościelne wykonane w 1908 i 1926 r. składając przysięgę przed figurą Matki Boskiej że miejsca tego nie zdradzą.  Nikt się nie spodziewał, że nigdy nie wrócą do swego kościoła i rodzinnej wsi. Ostatni z wtajemniczonych zmarł w roku 2005          i prawdopodobnie przekazał zaufanej osobie, również pod przysięgą tajemnicę czyszeckich dzwonów.  Czy ją kiedyś poznamy?. Miejmy nadzieję że dźwięk , który słyszeli nasi dziadkowie i babcie zabrzmi na nowo na polskiej ziemiLipiec roku 1944 był rokiem trwania ofensywy wojsk radzieckich na ziemi lwowskiej, przetaczał się I Front Ukraiński pod dowództwem marszałka Iwana Koniewa.  Podczas walk o Lwów swoją kwaterę w Czyszkach przez około dwa tygodnie miał  Nikita Chruszczow, oficer polityczny tego frontu, późniejszy premier ZSRR i I sekretarz KC KPZR  .   W tym czasie wielokrotnie spotkał się z O. Aurelim, prowadząc z min długie rozmowy. W jednej z nich Chruszczow oświadczył że ziemie wschodnie Polski będą przyłączone do ZSRR i radził księdzu aby korzystał ze sposobności , zabrał ludzi i wyjechał po przejściu frontu , bo potem będzie to trudne albo niemożliwe. Było to spotkanie w którym dał wyraźnie do zrozumienia że to koniec Polski na tych terenach.  Według relacji O. Aurelego podczas tych długich spotkań, Chruszczow był przyjacielski i życzliwy.

W listopadzie 1945 r., ostatnim transportem z Sichowa wraz z mieszkańcami opuszcza Czyszki. Przyjeżdża do Sośnicy a następnie do pobliskiej miejscowości Święte. Przywozi z Czyszek do tutejszego kościoła kilkanaście kap i ornat z przełomu XIX i XX wieku oraz  obrazy Najświętszego Serca Pana Jezusa i  św. Antoniego z Padwy, wcześniej opisywane w tej książce. Ponadto rzeźby  Najświętsze Serce Pana Jezusa, Matka Boska Niepokalana,  św. Józef i inne dewocjonalia.

 Bezcenne księgi kościelne, spisy mieszkańców z 1709, 1819 i 1932 roku , kronika Czyszek z 1821 r., dzienniki szkolne i inne dokumenty ocalałe dzięki O. Aurelemu i wykorzystane w tym opracowaniu, znajdują się w archiwum o.o. Franciszkanów w Krakowie a  przywiezione z Czyszek dewocjonalia wpisane są do rejestru zabytków  i opisane w książce „Materiały do dziejów sztuki sakralnej „ 1999 r.

Wszystkie urlopy spędzał w rodzinnych stronach. W roku 1981 bierze udział w zorganizowanej przez kardynała Stanisława Dziwisza, pielgrzymce do Rzymu gdzie zostaje przyjęty na prywatnej audiencji u Ojca Świętego  Jana Pawła II.

 

 

   Sierpień 1981 r. O. Augustyn Aureli z rodziną na prywatnej  audiencji u Papieża  Jana Pawła II.

                                 Zdj. Ze zbiorów Władysławy Augustyn  siostry o. Aurelego

 

Siedem lat później w sierpniu 1988 r. umiera w Jaśle gdzie przebywał w Klasztorze o.o. Franciszkanów i tam jest pochowany.

Należy stwierdzić bezspornie, że ostatni wikary czyszeckiej parafii, franciszkanin O.Augustyn Aurelii  zapisał się dużymi literami w historii Czyszek, ratując je od zapomnienia.

Spotykając się z wieloma byłymi mieszkańcami  Czyszek zawsze wspominano Go ze względu na olbrzymie poczucie humoru, życzliwość i zdolności do rozładowywania napięć. Był bardzo lubiany i szanowany.

 

Życie katolickie, kulturalne i tradycje

 

       

 

Przy starej plebani grupa młodzieży z „Akcji Katolickiej” i „Sokoła” . Rok 1935

 

W 1546 założone było bractwo św. Leonarda  eregowane na prośbę ojca Stanisława z Oleska i wikariusza czyszeckiego. Lecz z braku funduszy na działalność upada.

W jego miejsce powstaje bractwo św. Różańca /przed rokiem 1755/ które otrzymało 1000 zł od starościny żytomirskiej Róży z Żebrowskich Karczewskiej. Kwota powyższa ulokowana na 8% dała podstawę finansową do działania bractwa. Bractwo św. Różańca posiadało własna organizację i składało się z Unii  które dzieliły się na Róże.  

Jak wskazują dokumenty archiwalne w Czyszkach działał „ III Zakon św. Franciszka pokutujących , w habit przyoblekanych i do profesji przypuszczonych „.  

 

 Wypis z książki Członków III Zakonu św. Franciszka pokutujących, w habit przyoblekanych i do profesyi przypuszczonych od R.P. 1885

Książka posiada wykaz osób do roku 1905.

 

 Wykaz ilości członków „III Zakonu” w Czyszkach od roku 1885 do 1912

1885 – 22 osoby                                                         

1886 – 7 osób

1887 – 8 osób

1888 – 3 osoby                              „Dnia 7 kwietnia 1916 r. zmarła przełożona Tercjuszka

1889 – 6 osób                                 Karolina Tasówna, kucharka na plebani w Czyszkach.

1893 – 10 osób                               Jej zastępczyni Agata Szywałówna objęła tymczasowo

1894 – 60 osób                               przełożeństwo. Dnia 16/7 po nabożeństwie tercjańskim

1895 – 10 osób                               obrano w zakrystyi jednogłośnie Agatę Szywałównę

1896 – 7 osób                                  przełożoną a Teresę Kempównę jej zastępczynią.”

1897 – 22 osób

1898 – 9 osób

1899 – 21 osób

1900 – 18 osób

1901 – 14 osób

1902 – 8 osób                                       „        Wizytacja prowincjalska                   

1903 – 9 osób                                       Od lipca 1919 r. liczba tercjarzy wzrosła o blisko 100                           

1904 – 5 osób                                        osób. Zgromadzenia miesięczne i nauki odbywają się

1905 – 5 osób                                       regularnie, prócz tego w roku 1920 miało tercjaństwo

1906 – 4 osoby                                     czterodniowe rekolekcje po dwie nauki dzienne.

1907 – 2 osoby                                      a w roku 1921 obchodziło trzydniowym

1908 – 10 osób                                     nabożeństwem  700 letni jubileusz  założenia

1909 – 4 osoby                                      Tercjaństwa, podczas którego kazania miał wy-      

1910 – 14 osób                                      głoszone O.Prowincjał Kapucyński Konstanty Jaroń

1911 – 24 osoby                                   znany mówca ludowy. Uroczystość ta opisana szcze-  

1912 – 11 osób                                      gółowo w zeszycie „Sumarium”

                                                        Czyszki 5 stycznia 1922

                                O.Alojzy Karwack  Prow.franciszkański”    

 

     

W roku 1933 13 października wstąpiły do bractwa św. Różańca i były w II Unii Panien w 3-ej Róży  im. Św. Horonaty :

Pałka Karolina zamieszkała pod nr  11    /siostra Anny Pałki żony Dominika Batrosiewicz/

Domańska Katarzyna                                   113

Burek Marja                                                111

Ryglowska Zofia                                           95                    

Zarzeczna Zofia                                               4

Zarzeczna Karolina                                       181

Łysa Marja                                                  289        

Kot Bronisława                                               6

Blicharaska Eugenia                                      421        

Blicharska Antonina                                      421        

Zarzeczna Józefa                                          400

Patyk Stanisława                                          344

Zarzeczna Stanisława                                    103

Pituła Jadwiga                                              387

 

Wyjątki z księgi zapowiedzi 1943 rok

Ogłoszenia powyższe  wygłosił ksiądz z ambony w kościele w Czyszkach w piątą niedzielę po świątkach w 1943 roku  za okupacji  Niemieckiej   /tekst dosłowny/  

 

Dzisiaj odprawia się na prymarii Msza św. z Róży Rozalii Król z prośba o opiekę nad Rozalią.

W poniedziałek odprawi się Msza św. żałobna z katafalkiem za duszę Michała Domaza.

We wtorek Msza św. żałobna z katafalkiem za zmarłych z rodziny Trąba.We środę  Msza św. żałobna z katafalkiem za zmarłych z rodziny Łamasz i Brzoza. We czwartek Msza św. śpiewna za zmarłych Zofię i Stanisława Zawoeskich. W piątek  nabożeństwo do N. Serca P.J. W  sobotę Msza św. śpiewana za dusze śp. Tadeusza Domańskiego. W przyszłą niedzielę na prymarii odprawi się Msza św. z prośbą o opiekę zamówioną przez dziewczęta z Czyszek a na sumie Msza św. z prośba o pokój na świecie również zamówiona przez dziewczęta z Czyszek. Fotografie dzieci z pierwszej Komunii św. są do odebrania na plebani u ojca Mikołaja. poszczególna fotografia kosztuje  4 zł. W niedzielę kiedy dzieci przystępowały do pierwszej komunii św. zostały w kościele zgubione pieniądze. Poszkodowany niech się zgłosi do odebrania u ks. Proboszcza. W czwartek w uroczystości S. Piotra i Pawła zostały zgubione pieniądze: jedne z woreczkiem, drugie z chusteczką. Są do rozpoznania i odebrania w zakrystji.\ Dzisiaj od godz. 3 ciej  do godz. 5 tej czasu urzędowego przed nieszporami po południu odbywać się będą wpisy dzieci obowiązanych do szkoły .

Po raz pierwszy obowiązane są do zapisania dzieci urodzone w roku 1937. /na kartce/

Oberleutnant od szańców zwrócił się do mnie z prośbą abym Wam ogłosił następujący nakaz:

Od poniedziałku t.j. od jutra ma codziennie wychodzić do pracy przy szańcach 150 osób. Wyznaczeni na dany dzień t.j. tych  150 osób ma się jutro i w każdy dzień stawić się przy kaplicy św. Jana o godz. 6 ½ urzędowego czasu. Za nie stawienie się i nie punktualne stawienie się  zaznaczam nie punktualne stawienie się czeka następująca kara. Jeśli nie będzie 150 osób i nie stawią się punktualnie o 6 ½ przy kaplicy, to powiedział, że on sam zabierze 10 osób z tych co będą i odprowadzi do Winnik do więzienia. I sam powiedział że w takim przypadku będą niewinni za winnych siedzieć, bo on nie ma czasu poszukiwać tych co się nie stawią lub późno przychodzą, i tylko jedni za drugich będą odpowiadać. Dlatego jedni drugich  powinni pilnować i napominać aby stawić się punktualnie  aby potem za tego leniwego nie cierpieć. Dodał na końcu, że jeśli stawią się wszyscy codziennie i to punktualnie to będą mogli do domu wcześniej wracać ,w przeciwnym razie czeka i więzienie i przetrzymywanie do późnej godziny pozostałych . Tyle od oberleutnanta.

Sam od siebie dodam,  że każdy powinien zrozumieć to aby nie narażać drugiego na karę za siebie. Stawić się wszyscy i punktualnie , bo na punktualność  Niemcy kładą szczególny nacisk. A za nie pójście lub nie punktualne stawić się , to jeszcze nie opłaci się być wleczonym do Winnik  i wystawionym na śmiech przed ludźmi którzy chętnie czekają na karę, jaka spadłaby na Was.  Przecież  tych szańców nie będziecie robić do końca życia żeby już takie z tego ceregiele robić .”

 

Szkoła im. Hetmana St. Żółkiewskiego  w Czyszkach

Podstawą rozwoju społeczeństwa jest działalność oświatowa. W Czyszkach już w 1820 roku obok kościoła stała szkoła mająca z jednej strony dwie izby, z drugiej jedną szkolną w której dziewczęta i chłopcy wiejskie w liczbie 36 pobierały naukę. Była to szkoła dwuklasowa z etatowym nauczycielem. Uczono katechizmu, pisania , czytania i rachunków w języku polskim.

Do pomocy naukowych i książek zaliczyć należy : abecadło, elementarz, książka moralna dla dzieci, gramatyka, książki  do czytania i nauki rachunków oraz globus i mapy.

W 1890  Wawrzyniec Bembnowicz  kupuje budynek szkolny na Wólce  zaszczupły na szkołę i rozbiera go budując na tym miejscu swój dom, natomiast Gmina buduje nowa szkołę w pobliżu koscioła, piętrową o 5 salach, kancelarii i mieszkaniem dla kierownika szkoły W późniejszych latach szkoła była trzyklasowa następnie czteroklasowa . W 1915 roku  w czasie 10 miesięcznej inwazji rosyjskiej szkoła była nieczynna z polecenia władz rosyjskich. W latach 1924 była to już szkoła powszechna czteroklasowa z planem sześcioklasowym. Szkoła we wsi, od chwili jej powstania , nie zapewniała nauki wszystkim dzieciom. Był to wynik szczupłości szkół jak i brakiem nauczycieli oraz przeświadczeniem wielu rodziców że nauka i tak nie pomoże im w biedzie . Sytuacja taka była w całej Galicji gdyż na początku XX w. w Galicji było  jeszcze 56 % analfabetów. Obowiązek powszechnego uczęszczania do szkoły dzieci w wieku 7-14 lat wprowadzony został po odzyskaniu niepodległości , dekretem z 9 lutego 1919 roku. Dekret nie załatwił sprawy definitywnie gdyż nadal występowały braki nauczycieli. Mieszkańcy Czyszek mieli dogodny dojazd do Lwowa lecz tylko nieliczne osoby ukończyło w okresie międzywojennym szkołę średnią  w tym ojciec piszącego te słowa  Franciszek Bartosiewicz.

Z analizy dzienników szkolnych wynika że wiele dzieci nie uczęszczało do szkoły najczęściej na wiosnę i jesień  z uwagi na szczyty prac polowych . Dzieci w większości  gospodarstw były siłą roboczą do prac w polu lub opieką nad młodszym rodzeństwem gdy rodzice pracowali w polu co było ważniejsze niż szkoła. Przedstawiona dalej  tabela uwidacznia to zjawisko.

Na zdjęciu  grono nauczycielskie szkoły powszechnej w Czyszkach – rok 1920

Siedzi p.Wołkówna, w środku stoi dyrektor p. Niżankowska, od lewej stoi p. Palmarówna, ksiądz Domarazek, p. Langner, p. Szjnocha i p.Kostkiewiczówna

 

 

 

 

                        

 

Od lewej: NN, NN, p.Karzyńska, o.Kwaśniak, p. Lecyk Antonina z d/Łamasz,  p.Stanisława Łoś, p.Łapkowa, NN, NN . W tle szkoła powszechna w Czyszkach

 

 

 

 

 

 

Życie i organzacje społeczne

Życie społeczne

W strukturze społecznej wsi podstawową grupę stanowili chłopi. Inteligencja do której zaliczano księży, nauczycieli, policjantów i urzędników gminy stanowiła ułamek procenta. 

Ważną rolę w życiu społecznym wsi odgrywały zbliżone warunki życia i pracy jej mieszkańców, wspólne, uświęcone tradycją zwyczaje i kultura obyczajowo-obrzędowa, mentalność, nawyki i przyzwyczajenia dziedziczone z pokolenia na pokolenie, a także samowystarczalność.         

Ponadto mieszkańców  wsi, chłopów, łączyły bardzo silnie pochodzenie i miejsce urodzenia oraz więzy sąsiedzkie i rodzinne. O więzach rodzinnych częstokroć z przed kilku pokoleń  świadczyć mogą nazwiska rodzin, które nie były w stanie podać stopnia pokrewieństwa  mimo posiadania tego samego nazwiska np.: Bartosiewicz, Łamasz, Moździerz, Tas, Bembnowicz,  Kempa, Król, Zarzyczni .  Bywały przypadki że pan młody posiadał takie samo nazwisko co panna młoda a nie byli spokrewnieni. Sytuacje takie podane są w tej książce. Zbieżność nazwisk i imion występowała we wsi bardzo często. O pozycji społecznej we wsi decydowała przede wszystkim ilość i jakość posiadanej ziemi, wyposażenie gospodarstwa w inwentarz żywy i martwy, poziom stosowanej kultury rolnej i pracowitość. Stopę życiową dyktowały wielkość i wydajność posiadanych gospodarstw. Wieś Czyszki była wsią zasobną . Ziemia była dobra, gospodarze pracowici i zaradni .Wbrew pozorom, kwestia wyżywienia na wsi nie stanowiła  większych trudności lecz nie można powiedzieć że nie była pod­stawowym problemem  rodzin. Bardzo niekorzystny wpływ na gospodarstwa  miał okres kryzysu w czasie którego spadek cen produktów rolnych był nawet kilkakrotny, a ceny produktów przemysłowych nie tylko, że nie spadały, ale nawet znacznie rosły. Zmuszało to rolników do sprzedaży znacznie większej ilości produktów rolnych celem zdobycia środków pieniężnych niezbędnych do pokrycia podstawowych wydatków (np. podatku), a równocześnie wpływało na zmniejszenie spożycia i wydatków na życie.

Do podstawowych składników pożywienia zajmujących naczelne miejsce w recepturze jadłospisu większości rodzin chłopskich w Czyszkach  należały ziemniaki, kapusta, fasola, potrawy mączne, chleb, mleko (często chude lub rozcieńczane wodą), maślanka, ser. Wymienione skład­niki pożywienia pojawiały się nawet kilkakrotnie w ciągu dnia w różnych kombinacjach i zestawach. Do najczęstszych zestawów dań należały ziem­niaki w różnych postaciach zarówno bez dodatków jak i z dodatkami takimi jak barszcz, kapusta (z fasolą lub bez), mleko chude lub zsiadłe (kwaśne), maślanka, a ponadto potrawy mączne jak kluski z mlekiem lub serem, za­cierka i kasza z mlekiem, pierogi z: ziemniaków i sera, („ruskie"), ziemniaków, sera, kapusty, kapusty i sera, ziemniaków i kapusty. Chleb każda gospodyni we wsi piekła sama, najczęściej raz w tygodniu (zwykle w sobotę) lub rzadziej, po 6-8 bochenków.

Dzięki ziemniakom, ilość głodujących rodzin chłopskich na wsi była mała. Mięso, wędliny, słoninę, smalec, masło, jaja w wielu rodzinach we wsi jadano rzadko, tylko od „wielkiego święta", niekiedy tylko kilka razy w roku. Również cukier, w wielu rodzinach, był rzadko używany, a kawa naturalna i herbata nie były używane wcale. Używano kawę zbożową (z cykorią) czarną lub z mlekiem, lekko słodzoną, a zamiast herbaty używano najczęściej kwiat lipowy. Znaczna część mieszkańców wsi alkoholu prawie nie używała lub używała go bardzo mało. Na­łogowych pijaków we wsi nie było. Częściej pito na zabawach, weselach, a także w większe święta. Więcej też pito w okresie okupacji. Również pa­lenie tytoniu było ograniczone . Kupowano zwykle kilka dkg tytoniu i bibułki („solali") na kilka dni lub 3—1 papierosy („machorkowe") dziennie.

Problem, nadmiaru rąk do pracy, czyli tzw. „ludzie zbędni” rozwiązany był poprzez zatrudnienie w Fabryce Tytoniu w oddalonych o 3 km Winnikach. Pracowało tam np. w roku 1914 około 300 mieszkańców Czyszek.

 

 

 

 

 

 

 

Fabryka tytoniu w Winnikach /zdj. 2005 r. /

 Zasobów pieniężnych (oszczędności) mieszkańcy wsi nic posiadali. Ich dochody pochodziły przede wszystkim ze sprzedaży produktów rol­nych jak i z pracy w Fabryce Tytoniu.  Dochody te  wystarczały na pokrycie bieżących wydatków, podatków lub spłacanie rat za zakupioną ziemię (większość ziemi kupowana była od Konwentu O.O. Franciszkanów we Lwowie  ). Struktura wydatków pieniężnych przedstawiała się następująco: opłata podatku, zakup artykułów pierwszej potrzeby jak sól, zapałki, mydło, nafta, drożdże, ubranie, buty, cukier, lekarz.  Mówiąc o problemach społeczno-bytowych wsi nie można pominąć jej problemów mieszkaniowych. Warunki mieszkaniowe  niektórych  ro­dzin należy ocenić jako złe. Ocena ta dotyczy zarówno zagęszczenia miesz­kań jak też i jego wyposażenia w meble, urządzenia sanitarne, oświetlenie (nasłonecznienie) mieszkań itp.

Zagęszczenie mieszkań było bardzo duże. W wielu domach mieszkało po dwie, trzy rodziny tj: od 10 do 16 osób. W roku 1820  we wsi było 247 domostw  i 1651 mieszkańców co daje średnie zagęszczenie mieszkania  około 6,7 osoby.  W roku 1940 spada do około 5,7  przy 495 domach i  2800 mieszkańcach.

Umeblowanie mieszkań było skromne i proste. Składało się ono z najprostszych mebli wykonanych najczęściej przez miejscowych rze­mieślników, a niekiedy przez samego gospodarza rzadziej kupowano je na targu. Do mebli tych należały stoły, lawy, krzesła składane, stołki, skrzynie, łóżka drewniane rozsuwane (wyłożone siennikiem wypchanym słomą lub tylko słomą przykrytą prześcieradłem) na którym spało zwykle dwie, a czę­sto i trzy osoby, kanapy drewniane rozsuwane (tzw. „bambetle"), szafy. Uzupełnieniem do łóżek były pierzyny i poduszki z pierza gęsiego, a ilość ich zależała od ilości łóżek i osób w rodzinie, zamożności oraz ilości panien na „wydaniu". Istniał bowiem nie pisany zwyczaj, że każda panna wycho­dząca za mąż otrzymywała we wianie pierzynę i poduszkę.

Ubiory mieszkańców wsi zależały w znacznej mierze od ich zamożności. Ogólnie należy jednak stwierdzić, że ubiory te były raczej skromne, proste, a często też ubogie, co można zauważyć na niektórych, przedstawionych w monografii, zdjęciach.

Kółko Rolnicze.

 Data założenia i działalność kółka nie została ustalona poza nielicznymi ogólnymi faktami opisanymi w tym opracowaniu.

 

 

Wystawa ogrodnicza w Czyszkach w 1939 r. Na podwyższeniu pierwszy od lewej Józef Bartosiewicz, trzeci od lewej Franciszek Bartosiewicz

 

 

 

 

Ochotnicza Straż Pożarna 

  Dokładnej daty założenia Straży Ogniowej w Czyszkach nie ustalono. Wiadomo natomiast z kronik kościelnych że Sztandar Ochotniczej Straży  Ogniowej poświęcono 3 czerwca 1906 roku. Była ona wyposażona w ręczną pompę strażacką ciągnioną przez konie oraz najprostszy  sprzęt jak: hełmy, pasy, toporki, bosaki, łopaty.

 

 Straż Pożarna z Czyszek . Dożynki roku 1936.

 

 

 

 

 

 

Dom Ludowy .

Wybudowana w roku 1902 . Dokładna data założenia nie została ustalona poza nielicznymi ogólnymi faktami opisanymi w tym opracowaniu.

 

 

Poświęcenie wybudowanego w roku 1904  budynku w którym znalazły siedzibę : Gmina, sklep spółdzielczy i Kasa Zapomogowa "Stefczyka"

 

 

 

 

Administracja.

 Właściwymi terytorialnie dla Czyszek władzami administracyjnymi i urzędami był Lwów jako ośrodek administracji  wojewódzkiej (obwodowej) i siedziba sądu okręgowego (obwodowego), a także jako siedziba starostwa (powiatu).  Sąd grodzki i notariat , i urząd telegraficzny znajdowały się w Winnikach.. Czyszki stanowiły samodzielną, terenowa jednostkę  administracyjną  - gminę – kierowana przez wójta .Posiadały posterunek policji, pocztę, kółko rolnicze, sklep kółka rolniczego, Dom Ludowy w którym znalazła siedzibę Kasa Zapomogowa Stefczyka. Roku powstania Gminy Czyszki nie ustalono,  lecz w dostępnych dokumentach  z roku  1896  widnieje stempel gminy. Parafia rzymsko-katolicka powstała około roku 1420 i należało do niej kilka sąsiednich wiosek m.in. Dmytrowice, Czyżyków, Winniki, Dziwnogród, Łukowa, Horodysławice, Winniczki, Głuchowice, Kozielniki, Hanaczów, Podbereżce i Gaje.

 

 

Na zdjęciu: Członkowie Rady Gminy Czyszki - rok 1938. Z prawej siedzą wójt Krupa Leon, dziedzic NN, czwarty brat Izydor i Socha. Pierwszy z lewej Kempa Andrzej sołtys Czyszek.. U góry stoją z lewej Rączkowski i Sekretarz Gminy Bielecki.

 

 

 

 

 

Armia Krajowa - tarcza ochronna Czyszek

Organizacja oddziałów Armii Krajowej

 

W czasie II wojny światowej przez Czyszki były terenem przez który przechodził kilkakrotnie front . Lecz największym zagrożeniem byli Ukraińcy zorganizowani w bandach pod nazwą UPA. Celem walki z okupantem i bandami UPA w okręgu lwowskim zorganizowano siły zbrojne pod nazwą Armii Krajowej . W trakcie tworzenia w 1944 r. struktur AK Czyszki znalazły się w Rejonie IV, Ośrodek „C” wraz z przysiółkami I, II i III Wólka. Organizowaniem AK w Czyszkach zajął się 38 letni kierownik szkoły, Marceli Tusch ps. „Bronisław”. W Czyszkach było dwóch oficerów rezerwy lecz tylko jeden ppor. rez. kaw. Michał Misiąg kierownik Czyszeckiej spółdzielni wyraził zgodę na wstąpienie do AK. Organizację oddziałów oparto na podoficerach i zaczął nią kierować plut. rez. kaw. Andrzej Kempa „Wicek” z 14 pułku ułanów , kowal z zawodu. W Czyszkach powstały trzy plutony a w Wólkach czwarty. Już od jesieni 1943 r. oficer informacyjny , a zarazem szef szkolenia komendy rejonu, ppor. Jackowski „Brzoza” w Drugiej Wólce prowadził kurs Szkoły Podchorążych. Na pobliskich łąkach  miedzy częścią Czyszek zwaną „miasteczkiem” a Wólkami wyznaczono miejsce zrzutów spadochronowych broni i sprzętu pod kryptonimem „Zamek 1”. Kontaktem z dowództwem we Lwowie był inż. Jerzy Węgierski . /prof. dr hab. inż. ps. „Antek” spotkałem w Katowicach w roku 2004 / w późniejszym czasie dowódca szwadronu AK w Czyszkach. Oddziały leśne 14 pułku ułanów w Czyszkach były jedynymi jednostkami , które nie stanowiły samodzielnych jednostek, lecz były podporządkowane jednemu dowództwu. Faktycznym dowódcą wszystkich oddziałów był kpt. Dragan Sotirović ps. „Draża”, Serb w wieku około 35 lat, więcej niż średniego wzrostu, silnej budowy, wysportowany o śniadej cerze i rysach południowca. Na kwaterę obrał sobie dom plut. Ludwika Łamasza „Wicha” na Trzeciej Wólce. Funkcję sekretarki kpt. „Draży” mającego trudności z polską pisownią i językiem , pełniła Czesława Hnatówna „Krystyna”. W lipcu 1944 r. pluton liczył już ponad 100 osób i został przekształcony w szwadron 14 pułku ułanów Jazłowieckich AK a docelowo liczył sześć szwadronów o łącznej sile 827 żołnierzy.
Formowanie i dowództwo drugiego plutonu powierzono ppor. inż. Jerzemu Węgierskiemu „Antek”. Co 10 dni żołnierzom wypłacano żołd i strawne które wynosiło 42 zł dziennie. Mieli za to opłacić utrzymanie, które zapewniali im gospodarze z Czyszek. Biedniejsi gospodarze często odmawiali przyjęcia opłaty, natomiast bogatsi potrafili wyliczyć należność co do grosza. Samowolne rekwizycje były surowo zakazane i traktowane jako rabunek. Zapasową broń i amunicję trzeba było chować w przygotowanych schowkach. Wybudowano kilka zamaskowanych schronów dla ludzi i sieć tuneli - korytarzy, których stropy były obelkowane. Powtarzające się napady na ludność polską podlwowskich wsi świadczyły o zbliżaniu się pod Lwów band UPA. Dowództwo AK postanowiło przeprowadzić akcję zapobiegawczą . W akcji tej wzięło udział około czterystu żołnierzy z Czyszek , Winniczek, Gańczar i Biłek pod dowództwem kpt. „Draży”. Wybrano miejscowość Szołomyja zamieszkałą przez ludność ukraińską. We wsi spalono około 55-60 gospodarstw, zginęło kilkaset banderowców z bandy UPA i mieszkańców wsi. Ludność w części schowała się w cerkwi, którą oszczędzono. Zaskoczenie, szybkość i gwałtowność ataku całkowicie zaskoczył Ukraińców. W walce karabin maszynowy zdobył mieszkaniec Czyszek, Kazimierz Ryglowski „Wiśnia”. Po akcji w Szołomyji zaprzestano ataków na polaków . Zbliżał się front sowiecki..........................................................

Ze wspomnień pani Czesławy Cydzikowej, z domu Hnatównej: sekretarki dowódcy AK w Czyszkach  mjr. Draży


"Urodziłam się w najpiękniejszym na świecie kraju - wolnej Polsce. Miałam piękne dzieciństwo. To byty wspaniałe dni. W wieku trzynastu lat wstąpiłam do harcerstwa. Uczęszczałam do Zakładów Naukowych Zofii Strzałkowskiej przy ul. Zielonej we Lwowie. Później studiowałam malarstwo. Moi rodzice Polacy, patrioci. Byliśmy szczęśliwą, rodziną. Ale to piękne dzieciństwo, ten świat pełen dobra i piękna skończył się, przyszli wrogowie. Trzeba było szybko dorośleć, dokonywać wyboru. Wstąpiłam do NÓW"

Zdj. Czesława Hnatówna - autoportret.  Wyk. 1957 r. na zesłaniu w kopalni w Workucie „Czesława Cydzikowa. Lwów Kartki z życiorysu „

"Po 50 latach znów przyszła z Adamem Lewickim na ul. Kadecką 20, gdzie mieściła się niegdyś kontrrazwiedka "Smiersz". „Wydał mnie oraz innych naszych przyjaciół ten sam zdrajca - Czesław Rutkowski. ps."Borowik", późniejszy pułkownik UB i pracownik ambasady polskiej w Chinach. Do mego aresztowania przyczynił się również Jan Kulikowski. ps. "Sas", pułkownik Straży Pożarnej w Mielcu, zmarły w 1993 roku.
Zobaczyliśmy przed sobą te same drzwi z judaszem, którymi zamykano korytarz z trzema celami. Siedziałam sama w pierwszej celi na lewo. Chciałam lam wejść i zobaczyć okno. które narysowałam na ścianie, ale drzwi były zamknięte. - To moja piwnica. Wspominam - Taka byłam pewna siebie, nawet zarozumiała, że mnie nikt nie weźmie, bo któż z nich mógł przypuszczać, że ta panienka chodzi z visem. Tymczasem "Sas" powiedział im o tym i tak mnie wzięli w ciemnościach późnego wieczoru na roku ul. św. Jacka i Hauke-Bossaka. Nie mogłam usnąć tej nocy z 6 na 7 marca 1945 roku. Przyjrzałam się swojemu nowemu miejscu. Pokój był bez okna. bo znajdował się głęboko pod ziemią. Metrowa wnęka w masywnym murze wskazywała którędy należy się wydostać w razie zbombardowania budynku. Ściany pomalowane były na beżowo - na nich zajączki, sarenki, ptaszki... Był to widocznie schron dla dzieci. Wyposażenie przedwojenne: umywalnia z bieżącą wodą, piecyk gazowy. W roku stało zesłane kocem łóżko, stolik a na nim talerz i łyżka. Zdrapałam łyżką farbę ze ściany, pod nią było białe wapno. Maźnęłam sadzę z piecyka - mam kolor czarny. Można rysować. Odtworzyłam na zewnętrznej ścianie, obok wnęki, okno swojego pokoju, Firanki i flakon z baziami. Na ukośnym suficie powstała historia aresztowania, karykatury oficerów. Typowe i łatwe do wykonania, bo semickie mieli rysy. Dalej umieściłam visa i jego numer (żeby nie zapomnieć). Myślałam. że kiedyś, po wojnie, według tego numeru dowiem się, czyją własnością przed tym był pistolet.
Na następny dzień, kiedy poszłam na śledztwo, zmyli sufit a komendant więzienia oznajmił mi, że tego rysować nie można. Zostało tylko okno. Właśnie to okno chciałam teraz zobaczyć ale i jego już nie było.
Było to w roku 1963, kiedy już od 6 lat byliśmy we Lwowie. W dniu Wszystkich Świętych, wczesnym rankiem rozstawiliśmy z mężem lampiony na grobach naszych wielkich Polaków na cmentarzu Łyczakowskim. Mąż przynosił mi zawsze na ten dzień bańkę zużytego oleju samochodowego. Z tego oleju i szmat robiliśmy znicze. Szmaty zalane olejem w żelaznych naczyniach płonęły jak pochodnie..........................................................................”

 Wandy Chwastowskiej-Bystram

Wspomnienie o Cesi, bo tak ją koleżanki nazywały, towarzyszki mej niedoli w sowieckim łagrze przy ul. Pełtewnej,

"Opiekę nad naszym barakiem sprawował oficer NKWD, którego interesowało życie i historia Polski. W dużej mierze dzięki jego staraniom uzyskałyśmy większą swobodę poruszania się po terenie obozu i na zorganizowanie dwóch pracowni artystycznych tekstylnej i malarskiej. (...).
W sąsiednim pokoiku urządziła swoją "pracownię malarską" młodsza moja koleżanka z Instytutu Sztuk Plastycznych - dokąd uczniów przyjmowano po tzw. małej maturze. Rodzice Cesi na dalsze studia chcieli ją wysłać do Paryża, lecz wojna zniweczyła te plany. W obozie wykonywała szkice głów współwięźniarek, niestety niewiele z jej prac się zachowało. Posiadam swój portrecik i uważam, że rysunek jest udany, a podobieństwo uchwycone.
O Cesi można by pisać długo, choć ona o swojej pracy w konspiracji mówi niewiele i bardzo skromnie. Czesława Hnatówna urodziła się we Lwowie w 1920 roku. Do Narodowej Organizacji Wojskowej wstąpiła w lipcu 1942 roku i przyjęła pseudonim "Krystyna". Angażowała się całym sercem w wykonanie zleconych jej zadań. Początkowo rysowała plakaty upamiętniające 25 Rocznicę Obrony Lwowa, a następnie włączyła się do ich rozklejania na murach miasta. Odprowadzała "spalonych" chłopców do partyzanckich oddziałów leśnych i była wszędzie tam gdzie zaszła tego potrzeba. Później, gdy Niemcy aresztowali jej przyjaciółkę z tego samego oddziału, dla zapewnienia kazano Cesi opuścić miejsce zamieszkania. A gdzie w tych czasach lepiej można było się ukryć jak nie w lesie? Wzięła więc z domu trzy pistolety i zgłosiła chęć służby w partyzantce. Jak wiadomo, żołnierzom podziemia brakowało broni, do dzisiejszego dnia Cesia twierdzi, że tylko dzięki tym pistoletom została przydzielona do szturmowego plutonu. Visa sobie zatrzymała, sztajera i mauzera oddała na potrzeby oddziału. Wraz ze swoim plutonem szła do akcji. Razem z chłopcami przyjmowała zrzuty i, gdy zaszła potrzeba nie gorzej od nich rzucała granatami. Szefem jej był Józef Szajda, sierżant francuskiej Legii Cudzoziemskiej, swój pseudonim "Bela-bes" przyjął od miasta Sidi-bel-Abbes, w którym stacjonował jego garnizon w Algierii. Cesia bardzo go lubiła, ale miała pretensję o to, że nie pozwalał jej samotnie stać na warcie. Natomiast on swój rozkaz motywował tym, że człowiek przechodzący przez las może nie usłuchać ostrzeżenia: -Stój, bo strzelam! -wypowiedzianego cienkim dziewczęcym głosikiem i dojdzie do tragedii. Od wiosny 1944r. oddziałami leśnymi, chlubnie noszącymi przedwojenną nazwę 14 Pułku Ułanów Jazłowieckich, w zastępstwie dowódcy, załatwiającego we Lwowie interesy związane z partyzantką, dowodził i prowadził akcje bojowe Serb, kpt. Dragan Sotirović "Draża".

„Dragana” poznałam w lesie - wspomina pani Czesława. Przemawiał do nas przed akcją. Prosił, żebyśmy się pomodlili przed walką, żeby nam Pan Bóg nie dał przypadkowo skrzywdzić niewinnych, żeby wybaczył, jeżeli w tej akcji zginą kobiety lub dzieci. Pomyślałam wtedy, dlaczego tak dziwnie mówi po polsku? Nie wiedziałam wtedy, że nie jest Polakiem. Był bardzo odważny i silny."[...] W krótkim czasie "Draża" objął dowództwo, a ponieważ miał trudności z polską mową i pisownią do kancelarii przydzielono mu Cesię, by swoim czytelnym, równym, drobniutkim pismem wypełniała meldunki. 31 lipca 1944 r. sowieci aresztowali "Drażę" wraz z innymi dowódcami, podstępnie zwołanymi niby na odprawę. Żołnierzom AK i oddziałom leśnym kazano złożyć broń.
Ostatnim dokumentem pisanym ręką Cesi z czasów działań partyzanckich był spis zdawanego oręża. Numer l otrzymał ciężki karabin maszynowy zdobyty na wieży ciśnień, dalej spisywała sam szmelc, ponieważ trzeba było coś zdać, a lepszą broń każdy sobie zostawiał.
Po powrocie z lasu do domu Cesia ponownie nawiązała kontakt z NÓW i włączyła się w działania konspiracyjne. Pewnego wrześniowego dnia otrzymała radosną wiadomość o ucieczce "Draży". "Draża" nie zwracając uwagi na fakt, że jest poszukiwany przez NKWD i miejscowych Ukraińców, postanowił przed wyjazdem pożegnać się z współtowarzyszami broni, a ponieważ nadal źle władał polską mową, poprosił Cesię by mu w tej imprezie towarzyszyła. Nie zgłosili zamierzonej wyprawy w dowództwie obawiając się zakazu ze względu na niepotrzebne ryzyko przedsięwzięcia.
W umówionym dniu Cesia włożyła płaszcz z dużymi kieszeniami by ukryć w nich visa i ruszyli w drogę. Trasa wiodła przez zagajnik sosnowy i gęste bukowe zarośla pozostałe po wyrębie lasu, spoza których nieoczekiwanie wyszedł bolszewicki patrol z pepeszami gotowymi do strzału. Zostali przeszyci ostrym przenikliwym wzrokiem, następnie słyszeli, że patrol stanął i zapewne bacznie obserwował ale zmylony spokojnym zachowaniem piechurów nic zatrzymał ich. Za zakrętem "Draża" rozchylił szeroką luźną kurtkę i pokazał zatknięte za pasem obronne granaty, dodając że nosi je zawsze przy sobie oprócz pistoletu, a więc łatwo by się nie poddali.
Na zachód pojechał w towarzystwie Władysława Pruczkowskiego "Boksera", wysokiego, dobrze zbudowanego partyzanta szybkiego w decyzjach, brawurowego w akcjach. Opowiadano o nim, że za czasów okupacji niemieckiej szedł z dwoma innymi partyzantami, stanowiąc ochronę swego dowódcy. Opodal głównej siedziby Gestapo zostali wezwani przez pięcioosobowy patrol do pokazania kenkarty. W odpowiedzi "Bokser" wyjął pistolet oddał do żandarmów serię strzałów, koledzy wsparli go swoimi automatami, po czym całej trójce udało się zbiec szczęśliwie. Teraz obydwaj odziani w polskie wojskowe płaszcze i czapki zgodnie z nowo wystawionymi fałszywymi dokumentami z domu Cesi na dworzec kolejowy odjeżdżali dorożką, serdecznie żegnani przez najbliższych przyjaciół. Wisia Łamasz, która dzięki złej wymowie "Draży" wybrała za swój pseudonim "Wiszka" rozstanie ze swoim ukochanym dowódcą oblała gorącymi łzami. (...) Za zasługi wobec Naszej Ojczyzny oddane na polu walki otrzymał najwyższe bojowe odznaczenie Krzyż Virtuti Militari. Cesia pozostała we Lwowie, i oprócz organizowania przerzutów za San, brała czynny udział w różnych akcjach, głównie takich w jakich posiadanie broni automatycznej było rzeczą pożądaną. Między innymi stanowiła ochronę w czasie zdobywania pieniędzy z biura gdzie składano dzienne utargi zebrane w dużych sklepach spożywczych przeznaczonych wyłącznie dla obywateli Związku Radzieckiego a wieczorem odwożono je do banku. Powyższe udane przedsięwzięcie przyniosło poważny zastrzyk pieniężny. W dniu tym przyjęto dla organizacji ponad 170 000 rubli. Sumę tę wykorzystano na leczenie rannych w czasie akcji bojowych i na wspomożenie rodzin żołnierzy zabitych i uwięzionych.
Pewnego dnia Cesia spotkała znajomego z partyzantki "Sasa". Powiedział, że był aresztowany i uciekł z więzienia. Pobita twarz sugerowała prawdziwość jego słów, więc uwierzyła. Niestety później okazał się groźnym konfidentem, mającym na sumieniu wielu kolegów. Rozpoczęły się aresztowania. W domu Cesi po przeprowadzonej rewizji zakrojonej na szeroką skalę ojciec zdecydował się wyjechać za San i wstąpić do oddziału "Draży". Cesia odprowadzała go na dworzec w towarzystwie "Sasa", który od chwili pierwszego spotkania kręcił się wokół niej. W pewnym momencie "Sas" odszedł do telefonu a w następstwie tej rozmowy do pociągu wpadli żołnierze i na szczęście bezskutecznie szukali starego człowieka z plecakiem. Po pożegnaniu ojca, gdy wracali do domu, nie przypuszczała, że to ostatni spacer przed aresztowaniem. Był wieczór. "Sas" wiedział, że "Krystyna" stale nosi przy sobie pistolet i użyje broni w razie zagrożenia, dlatego moment jej aresztowania był tak zorganizowany by nie miała czasu na wyjęcie visa. Przechodząc przez plac zatrzymał ją przed ciemnym samochodem w którym nagle rozbłysły reflektory i na krótko oślepiły Cesię. Chwila ta wystarczyła by z ciężarówki wyskoczyli "łapacze", obezwładnili, rozbroili, na jej ręce nałożyli kajdanki i powiedli do więzienia. W maju wraz z aresztowanymi oficerami NÓW "Markiem" i "Rysiem" została przewieziona do Moskwy i osadzona w boksach na Łubiance. Chciano ich wykorzystać jako świadków na procesie Okulickiego, który zaufał obietnicom NKWD, przyjął ich zaproszenie i pojechał na rozmowy w towarzystwie 15 przywódców Polskiego Państwa Podziemnego, którzy za swą łatwowierność zapłacili życiem. Gdy NKWD żadnych informacji od Cesi i jej współtowarzyszy nie uzyskało, odstawiono ich z powrotem do Lwowa. Proces mieli ciężki, a wyroki wysokie. Cesi wymierzono 20 lat katorgi, gdyż otrzymała dodatkowo punkt 8 tj. terror. Obydwaj oficerowie zostali skazani na karę śmierci. Cesia w ostatnim słowie, uważając, że działali wspólnie, poprosiła o taki sam wymiar kary. Nie dano jej tej satysfakcji. Natomiast kolegom po dwumiesięcznym przetrzymaniu w celi śmierci zamieniono wyroki na 20 lat katorgi." Były próby ucieczki z obozu na Pełtewnej, niestety nieudane. Panią Czesławę, która była jedną z organizatorek ucieczki osadzono w izolatce bez możliwości porozumienia się z kimkolwiek. 15 grudnia 1945 r. odjechała transportem do Workuty. W Workucie naczelnik kopalni zainteresował się umiejętnościami plastycznymi pani Czesławy. Nie zesłano więc jej do prac w szybie. Rysowała, malowała w klubie garnizonowym, szkicowała portrety, dekorowała nowo zbudowaną szkołę...................................................................."
 

UŁANI JAZŁOWIECCY W WALCE - ogólny zarys

Zorganizowany jesienią 1943 r. w dzielnicy Wschodniej Inspektoratu Lwów-Miasto, na Górnym Łyczakowie, zmotoryzowany pułk Ułanów Jazłowieckich miał za zadanie ochronę ludności polskiej przed bandami UPA, ubezpieczenie radiostacji nadawczych, przyjmowanie „spalonych akowców", likwidację agentów Gestapo oraz przygotowanie oddziałów do walki z Niemcami w ostatniej fazie wojny i opanowanie Lwowa przed wejściem wojsk sowieckich. Ich działalnością miały być wschodnie dzielnice miasta oraz okolice Lwowa: Winniki, Podhorce, Biłka Królewska, Biłka Szlachecka, Czyszki, Winniki, Ganczary.
Wobec braku we Lwowie oficerów Jazłowieckich do pułku werbowano kawalerzystów z pułków znajdujących się w mieście. Do końca 1943 r. zakończono prace organizacyjne w dzielnicy. Stan liczbowy sztabów i oddziałów wynosił ok. 1.400 żołnierzy wraz z Wojskową Służbą Ochrony Powstania oraz, ok. 250 ochotniczek w Wojskowej Służbie Kobiet. W kwietniu 1944 r. w rejonie wsi Krzywczyce-Czartowska Skała-Winniki rozlokowano trzy pierwsze oddziały leśne 14 Pułku, wkrótce oddziały rozrosły się do stanów szwadronów. Dowódcą mianowano zbiegłego z niewoli niemieckiej kapitana armii jugosłowiańskiej, Dragana Sotirovića ps. „Draża". Dalsze funkcje objęli: 1 szwadron - dca por. Henryk Koziński - „Florian" w Kopiatynie, zca por. Józef Szajda, ps. „Belabes" (z Legii Cudzoziemskiej) w Winnikach. 2 szwadron - dca ppor. Jerzy Węgierski ps. „Antek" w Czyszeckich Wólkach, zca wachm. Władysław Choroba, ps. „Józek". 3 szwadron - dca por. Roman Madurowicz, ps. „Osa" w Pasiekach Lwowskich, zca wachm. Jan Wacek ps. „Czarny", 4 szwadron - dca por. Marcin Moslinger, ps. „Asesor" w Krzywczycach, 5 szwadron - dca por Bolesław Czajkowski, ps. „Tomasz" w Biłce Królewskiej, 6 szwadron - dca por. Bolesław Czajkowski, ps. „Tomasz" w Biłce Szlacheckiej, zca por. Emile Louis Légé, ps. „Emil" (por. wojsk francuskich).
Cztery szwadrony: 1, 2, 3, i 6 sformowano w marcu 1944 r. a 4 i 5 zmobilizowano 22 lipca. Przez cały czas do oddziałów leśnych napływali akowcy spaleni w działalności w mieście oraz zagrożeni poborem do Baudienstu.
Słabe uzbrojenie oddziałów zostało zasilone nocą z 17 na 18 marca zrzutem alianckiej broni. Oddziały leśne ułanów otrzymały ręczne karabiny maszynowe, granatniki, piąty i steny oraz kupowane od Ślązaków i Węgrów, służących w armii niemieckiej, różne rodzaje broni krótkiej. Od lutego 1944 r. w rejonie Dawidowa-Winniki oddziały UPA napadały na wsie polskie, mordując mieszkańców, a domy ich paląc. Ułani przeprowadzili akcje ostrzegawczo-odwetowe i spaliły ukraińską wieś Szołomyje, w której stacjonował batalion SS Ukraińców. Akcję wykonały oddziały 14 Pułku Ułanów pod dowództwem „Draży" bez strat własnych. Na jakiś czas napady ukraińskie ustały.
Na krótko przed Akcją Burza oddziały leśne 14 Pułku Ułanów liczyły ok. 850 żołnierzy. We Lwowie „Burza" rozpoczęła się 22 lipca. Oddziały „Draży", stacjonujące w lasach winnickich i okolicach Czyszek, otrzymały zadanie przechwycenia głównej niemieckiej linii obronnej na wschód od Lwowa, od wielu miesięcy umacnianej przez Niemców.
„Draża" rozkazał rozpoczęcie akcji w chwili, gdy szosą do Lwowa od strony lasów winnickich zbliżały się jednostki 129 Brygady Zmotoryzowanej Piechoty Gwardii płk. Jefimowa, które od południa odcięły jednostki niemieckie. Cztery szwadrony oddziałów leśnych 14 Pułku Ułanów znalazły się na prawym skrzydle wojsk sowieckich, które wtargnęły ulicą Zieloną do Lwowa. .........................................................................

 Major Dragan M. Sotirović ps. „ Draża”


Kapitan armii jugosłowiańskiej, bliski współpracownik gen. Mihajlovicia od imienia którego ma pseudonim. Od pierwszych chwil powstania ruchu oporu w Jugosławii jeden z dowódców w sztabie antyhitlerowskiego i antykomunistycznego ruchu oporu. Aresztowany na skutek denuncjacji w 1942 roku. Więziony w oflagu nr 325 na terenie Polski. Ucieka z Rawy Ruskiej i walczy nadal, dowodzi 14 pułkiem ułanów Armii Krajowej w rejonie Lwowa w stopniu kapitana Polskiej Armii a następnie awansowany do stopnia majora. Kwaterę miał w Czyszkach na III Wólce u Kazimierza Łamasza. Postrzelony przez NKWD w nocy z 21 na 22 lipca po wyjściu z kwatery Baranowa. Jego osobistą obstawą był plut. Władysław Pruczkowski ps. „Bokser”. Aresztowany przez marszałka Koniewa i skazany w Moskwie na 10 lat łagru jako „dowódca band terrorystycznych na ziemi sowieckiej". Ucieka ponownie i walczy z komunistycznym okupantem na ziemi lwowskiej i na rzeszowszczyznie do września 1945 roku. W brawurowy sposób przedostaje się wraz ze swoimi żołnierzami na Zachód. Za swoje wybitne zasługi na polu walki otrzymał od generała Filipkowskiego /1892 – 1950/ komendanta obszaru Lwów, Krzyż Virtuti Militari. Latem 1945 r. przedostał się do Francji, przyjął obywatelstwo francuskie i zmienił nazwisko na Jacques Roman......................................................

Wspomnienia Zdzisława Mrozka ps. „Kadet”
Kronikarza 2 szwadronu oddziału leśnego 14 Pułku Ułanów AK z okresu stacjonowania oddziału w Czyszkach k/Lwowa

„Po ukończeniu kursu kierowców zostałem skontaktowany z ppor. „Antkiem" (inż. Jerzy Węgierski) celem przejścia do oddziału liniowego będącego w terenie. Na pójście „do lasu" - jak się wtedy mówiło - zgodził się również mój kolega z Korpusu Kadetów, Bolek Galasiewicz „Kordian". Po uzyskaniu zgody d-cy AK mjr. „Wiktora", „Kordian" otrzymał także stopień kaprala z cenzusem. W dniu 15.06.1944 roku ppor. „Antek", z którym spotkaliśmy się przy pętli tramwajowej na końcu ul. Łyczakowskiej, przeprowadził nas do oddziału stacjonującego w Drugiej Wólce, idziemy z bronią osobistą - ja ze swoim FN kał. 6,35 a „Kordian" z Parabellum. Zaczął się nowy okres życia. Po przybyciu na Drugą Wólkę, zostaliśmy mianowani z „Kordianem" dowódcami sekcji w plutonie „Antka". Ja objąłem chyba sekcję po kpr. „Lechu" (dezerter z Wermachtu, bydgoszczanin), który awansował na prawoskrzydłowego. Dowódcami pozostałych sekcji byli: kpr. z cenzusem „Kordian", kpr. z cenzusem „Jeleń", kpr. z cenzusem „Czerwień", lewoskrzydłowym był „Goering" - dezerter z Wermachtu - Ślązak. W mojej sekcji byli następujący ułani: „Żuraw" (Boa) i „Piskorz" (dwaj bracia z Winnik) „Wiewiórka", „Bąk" ,„Orzeł" i początkowo także śp. ułan „Hardy" do czasu przejścia na podoficera gospodarczego. Kto jeszcze nie pamiętam.
Dowódcą plutonu był ppor. czasu wojny „Antek" (obecnie prof. dr. hab. inż. Jerzy Węgierski), zastępcą plut. pdchr. „Sokół" (Zbigniew Gerono z Winnik). Dowódcą szwadronu był kapitan armii jugosłowiańskiej, podobno adiutant Michajłowicza, zbiegły z niewoli niemieckiej „Draża" (Dragan Sotirowić), dowódcą dywizjonu był kpt. „Łodyga").
Płatnikiem i oficerem gospodarczym szwadronu „Draży" był ppor. „Jastrząb" (Żyd). Przesunięcie na stanowiskach nastąpiło chyba w pierwszych dniach lipca i wówczas kpt. „Draża" został d-cą dywizjonu, ppor. „Antek" d-cą szwadronu, plut. pdchr. „Sokół" d-cą plutonu, kpr. pdchr. „Lech" zastępcą d-cy plutonu, ja prawoskrzydłowym. D-cą mojej sekcji „Żuraw". Kwatery nasze znajdowały się w różnych częściach Drugiej Wólki w miejscowości Czyski pod Lwowem., zmieniane zresztą co kilka dni. Moja sekcja kwaterowała w środkowej części Drugiej Wólki. Normalnie w czasie dnia odbywało się szkolenie w sekcjach, na miejscu zakwaterowania. Wieczorem o godz. 21-tej odbywała się zbiórka całego plutonu na placu alarmowym zwanym „Bateria". W czasie wieczornego apelu meldowano o zdarzeniach w ciągu dnia, otrzymywano rozkazy na dzień następny, wyznaczano warty i patrole. Po odmówieniu modlitwy i odśpiewaniu „Wszystkie nasze dzienne sprawy" sekcje pojedynczo udawały się na kwatery. Sekcja dyżurna obejmował nocną służbę patrolując wieś i okolicę. W przypadku pogotowia, cały pluton kwaterował na „Baterii" w stodole wystawiwszy uprzednio wzmocnione posterunki, obserwatorów i wysławszy patrole. Na „Baterii" była kwatera „Goeringa". „Sokół" i „Lech" mieli swoją kwaterę w komórce przylegającej do domu gajowego. Lubiłem nocne patrole, między innymi, dlatego, że można się było najeść do syta wspaniałych truskawek z ogrodu plebani i smacznych czereśni, których była cała masa na Drugiej Wólce. Druga Wólka była malowniczo położoną w jarze o zalesionych stokach, wsią ulicówką. Od strony południowej, oddzielał gospodarstwa od zalesionego stoku, około 50-cio metrowy pas łąk, środkiem, którego płynęła mała rzeczułka. Ponieważ lubiłem przyrodę. Druga Wólka mnie urzekała. Ludność miejscowa - polska - była do nas bardzo serdecznie ustosunkowana i zdawała sobie sprawę z tego, że stanowimy jej jedyną obronę przed bandami nacjonalistów ukraińskich oraz, że stanowimy także obronę przed rabunkiem ze strony Niemców. Niemcy zapewne wiedzieli o nas i nie zapuszczali się w ten rejon. Przecież na przedpolu Drugiej Wólki było stanowisko niemieckiego reflektora przeciwlotniczego ze stałą obsadą.
Co 10 dni otrzymywaliśmy żołd i strawne. Strawne przeznaczone było do zapłaty gospodarzom za wyżywienie. Ciekawa rzecz, że biedniejsi gospodarze odmawiali przyjmowania zapłaty za wyżywienie, natomiast niektórzy bogacze, wyliczali należność co do grosza, często narzekając, że nie pokrywa to kosztów naszego żywienia. W trzeciej dekadzie czerwca kpr. z cenzusem „Kordian" przyprowadził do oddziału kadeta z Korpusu Kadetów nr l we Lwowie, Leszka Kołakowskiego ps. „Janusz". Kpr. „Kordian" został odkomenderowany do Biłki Szlacheckiej, a jego sekcję objął „Janusz". Pewnej nocy na warcie mojej sekcji stał ułan „Orzeł" - nagle wpadł do stodoły, w której spała sekcja, z krzykiem, że Niemcy we wsi. Zerwani nagle ze snu wyrywamy ze stodoły do lasu. Ochłonąwszy, wracamy ostrożnie z powrotem. Okazało się, że jakiś patrol niemiecki pojawił się na skraju lasu, oddal serię z MP i odszedł. Przekonaliśmy się jak wielkie oczy ma strach w nocy, gdy zostanie się nagle i niespodziewanie zbudzonym ze snu. Pod koniec czerwca otrzymuję rozkaz zaprzysiężenia ochotników z Drugiej Wólki, którzy zadeklarowali przystąpienie do nas. Wówczas był jeszcze w naszym plutonie kpr. „Kordian". W towarzystwie księdza (młody prawdopodobnie z Wólki) i „Kordian" udajemy się do stodoły na zachodnim skraju Drugiej Wólki, gdzie zebranych jest około 20-tu miejscowych gospodarzy. Po przedstawieniu przeze mnie celu walki z okupantem i zadań jakie czekają ochotników, mowę z werwą i patosem wygłasza „Kordian" - miał zawsze do tego zacięcie. Następnie ksiądz odbiera od obecnych przysięgę. W tym okresie kilkakrotnie chodziłem z ppor. „Antkiem" nocą na Pierwszą Wólkę, jako jego ochrona. Podczas mojej służby w plutonie trwa poważnie już zaawansowany kurs podchorążych, w którym także miałem uczestniczyć. Niestety. Z uwagi na to, że wszyscy prawie d-cy sekcji biorą w nim udział (kpr. kpr. z cenz. „Lech", i „Czerwień") na mnie spada obowiązek zajmowania się wyszkoleniem sekcji i wskutek tego nie biorę udziału w ćwiczeniach i wykładach kursu. Czytam tylko w wolnych chwilach regulaminy, szczególnie „regulamin walki kawalerii". Szkolenie w sekcjach jest bardzo intensywne, gdyż większość ułanów to surowy materiał pod względem wyszkolenia wojskowego. Praktyczną naukę o broni i jej działaniu odbywamy w piwnicy na ziemniaki. Gospodarz się trochę krzywi, bo ziemniaki są mocno postrzelane. Gdzieś na przełomie czerwca i lipca późnym wieczorem zjawił się na Drugiej Wólce nasz oddział saperski. Mieli iść w nocy i wysadzić linię kolejową, gdzie już nie pamiętam, a chyba nawet nie mówili. Chłopcy się bardzo cieszyli z tej roboty. Z tego powodu było trochę radosnego ruchu w naszej wsi. Koło północy oddział wymaszerował na swoje zadanie. Akurat tej nocy byłem d-cą ubezpieczenia. Na próżno nasłuchiwaliśmy odgłosu wybuchu. Do rana nic się nie działo. Kilka dni później dowiedziałem się, że akcja z jakiegoś powodu nie wyszła......................................................................."
 

Zwyczaje, obyczaje i tradycje

 

Należały do istotnych składników kul­tury wsi. Do powszechnie kultywowanych we wsi obyczajów o charakterze ludowo-religijnym i rodzinnym przekazywanym z pokolenia na pokolenie, należały szczególnie te, które związane były z ceremoniałem obchodzenia niektórych świąt i uroczystości rodzinnych.

Boże Narodzenie

Boże Narodzenie, było świętem najbogatszym w obrzędy i tradycje, które rozpoczynały się już w dniu wigilijnym. U wielu mieszkańców istniało przekonanie, że taki będzie przyszły rok jaki będzie dzień wigilijny. Dlatego w dniu tym należało wcześnie wstawać aby nie zasypiać przez cały przyszły rok, nie można też było unikać pracy. W dniu wigilijnym nie należało też ni­czego pożyczać, gdyż wróżyło to, że w gospodarstwie nigdy nie będzie tego co się pożyczyło. Dobrą wróżbą dla domu było, gdy pierwszą osobą odwie­dzającą go w wigilię był mężczyzna i odwrotnie, jeśli osobą tą była kobieta. W wigilię przynoszono też do chaty słomę, którą rozścielano na podłodze (polepie) — zwano to „dziaduchem". Miała ona prawdopodobnie symboli­zować stajenkę, w której urodziło się Dzieciątko Jezus. O tym prastarym zwyczaju już Wacław Potocki z Potoka (1621-1696), poeta, w wierszu pt. „Boże Narodzenie" tak pisał:

 

„Stary zwyczaj w tym mają chrześcijańskie domy,

Na Boże Narodzenie po izbie słać słomy,

Ze w stajni Święta Panna leżała połogiem..

 Ponadto w kącie chaty stawiano snop zboża, zwany „dziadem", na kłosach którego często kładziono opłatek. Snop ten miał zapewniać dobre zbiory w przyszłym roku. Na stół, pod obrus wkładano siano. Do podstawowych, tradycyjnych symboli wigilijnych należały choinka i opłatek. Choinkę strojono zwykle ozdobami własnej roboty jak różnoko­lorowe łańcuchy, aniołki lub inne figurki wykonane z bibuły lub papieru, którym doklejano głowy i inne elementy ozdobne kupowane w sklepie. Na choinkę wieszano też kolorowe jabłka, orzechy, a także ciastka, i cukierki przedstawiające różne zwierzęta lub ptaki. Na końcu wieszano świeczki. Wykonywano też bardzo ładne i ozdobne „pająki" z prostych łodyg słomy i nici, którymi przystrajano izbę. Nie było zwyczaju dawania prezentów gwiazdkowych pod choinkę. Tradycyjnymi potrawami wigilijnymi były: gołąbki z ziemniaków lub kaszy gryczanej, pierogi z kapusty omaszczone olejem konopnym (bardzo smacznym, produkowanym w wiejskich olejarniach), kutia z pszenicy z mio­dem i makiem— symbol sytości, barszcz z grzybami, a u niektórych również śledzie. Ryba była rzadkością na stole wigilijnym, ponieważ na jej zakup brakowało pieniędzy, a w wodach miejscowych nie prowadzono planowej hodowli ani połowów ryb. Nie było ściśle ustalonej i obowiązującej ilości potraw wigilijnych. Każdy dom przygotowywał tyle i takie na jakie było go stać. Obowiązkowo na wigilię robiono pączki, smażone w oleju konopnym. Sygnałem do rozpoczęcia wieczerzy wigilijnej była pierwsza gwiazda na niebie, wypatrywana z niecierpliwością szczególnie przez dzieci. Przed rozpoczęciem wieczerzy każdy domownik oddzielnie odmawiał po cichu mo­dlitwę. Wieczerzę rozpoczynano od dzielenia się opłatkiem. Robił to zwykle gospodarz — głowa rodziny, który wraz z opłatkiem przekazywał domow­nikom życzenia zdrowia, pomyślności i szczęśliwego doczekania następnych świąt Bożego Narodzenia. Po wieczerzy wigilijnej śpiewano kolędy. Istniał też we wsi uświęcony przez wieki zwyczaj, że w wieczór wigilijny każdy gospodarz miał moralny obowiązek przyjąć do chaty, na wieczerzę wigilijną, wędrowca lub żebraka („dziada"), który w dniu tym zgłosił się do domu. Zwyczaj ten był powodem tego, że w dniu tym przybywało do wsi z zewnątrz, najczęściej z sąsiednich ukraińskich wsi, wyjątkowo dużo żebra­ków, niekiedy z całymi rodzinami. Gospodarz, który przyjął „dziada" na wigilię miał również obowiązek udzielić mu noclegu. Za posłanie żebrakom służyła zwykle rozścielona wcześniej w chacie słoma zwana „dziaduchem". Nazwa ta, być może, miała, ścisły związek z przeznaczeniem jej dla żebraka zwanego we wsi „dziadem".

Zachował się też zwyczaj chodzenia po kolędzie, rzadziej jednak cho­dzono po kolędzie na Boże Narodzenie, częściej na Trzech Króli, wieczo­rem. Po kolędzie, z gwiazdą rzadziej z szopką, chodzili najczęściej dzieci i młodzież, zwykle w kilkuosobowych grupach. Wszystkie gwiazdy, od ma­łych, z kilkoma rogami do dużych z kilkunastoma rogami, były bardzo ładne. Tarcza i rogi gwiazdy były oklejane różnokolorowym papierem (natłuszcza­nym następnie olejem dla nadania mu przejrzystości), a na nie naklejano różne, piękne, kolorowe figurki. Koniec rogów zakończony był pomponami z różnokolorowego papieru. Gwiazda umocowana była na przytwierdzonej do wysokiego drążka osi, wokół której mogła się obracać. Od środka gwiazdy były oświetlone świecą (lub żaróweczką i bateryjką), a obracane wokół osi przez kolędników, stwarzały niezapomniany widok i atmosferę. Gwiazda była nieodłącznym atrybutem świąt Bożego Narodzenia. Kolędnicy kolędo­wali najczęściej na zewnątrz domu („na dworze"), pod oknem, a następnie składali gospodarzom życzenia zdrowia i dobrego urodzaju w polu, szczę­ścia w oborze i komorze i prosili o kolędę. Jako kolędę otrzymywali po kilka groszy, orzechy, jabłka, pączki , a często nie otrzymywali też nic. Przygotowania do świąt Bożego Narodzenia rozpoczynały się we wsi znacznie wcześniej. Kobiety robiły papierowe kwiaty lub pająki ze słomy do ozdabiania mieszkań, papierowe łańcuchy lub inne ozdoby na choinkę, chłopcy robili bądź odnawiali gwiazdy i szopki.  Boże Narodzenie obchodzono bardzo uroczyście, lecz skromnie i wstrze­mięźliwie. Istniał jednak we wsi niezbyt chwalebny, lecz akceptowany przez społeczność wiejską zwyczaj, który moralnie zobowiązywał kawalera do urządzania libacji w domu panny, z którą wiązał poważne zamiary. Za­opatrzony w jedną lub dwie beczułki piwa oraz kilka butelek wódki udawał się w towarzystwie najbliższych kolegów do domu panny, której rodzice za­pewniali jadło, a niekiedy również i alkohol. Zabawa taka trwała niekiedy i 24 godziny. Okres zapustów czyli karnawału przebiegał we wsi raczej spokojnie i nie miał uroczystego charakteru.

Wielkanoc

Wielkanoc. Święto poprzedzone było okresem wielkiego postu, w cza­sie którego ograniczano zarówno ilość i jakość pobieranych pokarmów jak i znaczne, prawie zupełne, wyeliminowanie z jadłospisu tłuszczów zwierzę­cych. Jedyną omastą w czasie wielkiego postu, dla znacznej większości ro­dzin, był olej konopny, a niektóre rodziny nie używały w tym czasie żadnego tłuszczu.

Symbolem Wielkanocy była palma, baranek oraz jajka gotowane (w formie pisanek albo kraszank). Pisanki robiono przy użyciu roztopionego wosku pszczelego rozprowadzanego w różne wzory na skorupce surowego jajka, przy pomocy tzw. „dziadka", a następnie wkładano je do zimnego wywaru z łusek cebuli i gotowano, przez co jaja- pisanki nabierały koloru (czerwonego). Po zagotowaniu jaja-pisanki i dokładnym wytarciu go uka­zywały się na nim piękne wzory, w miejscu, w którym przed gotowaniem nałożono wosk. Kraszanki otrzymywano przez zagotowanie jaja (bez „pi­sania" woskiem wzorów) w wywarze z łusek cebuli. Była ona zabarwiona tylko na jeden kolor.

Do tradycyjnych potraw wielkanocnych należały jaja gotowane, wędliny (kiełbasa, szynka), masło, chrzan, buraczki ćwikłowe, a z ciast baba wiel­kanocna (kołacz). Ilość i jakość przygotowywanych potraw świątecznych zależała od zamożności gospodarza i umiejętności kulinarnych gospodyni. Więcej i różnorodniej było u bogatszych, mniej i skromniej u biedniejszych. Do powszechnie przestrzeganej tradycji należało święcenie potraw wielka­nocnych i baranka. Świecenie odbywało się w godzinach popołudniowych, zwykle około godz. 15 . Ksiądz, rzadziej asystujący mu przy święceniu kościelny, po ceremonii poświęcenia otrzymywał w darze jaja, wędliny, masło, ciasto itp. w ilości uzależnionej od zamożności gospodarzy. Do święcenia noszono zwy­kle wszystkie potrawy przygotowywane na święta, co niekiedy stanowiło ciężar niemożliwy do udźwignięcia nawet przez starsze dziecko. Święcić no­siły zwykle kobiety. Post kończył się po poświęceniu potraw.

Święta Wielkanocne rozpoczynały się rezurekcją czyli uroczystą mszą z procesją, odprawianą o godz. 600. W czasie rezurekcji młodzi chłopcy (a często i starsi) strzelali na wiwat z korkowców, karbidu 5 z „kluczy" do których używano tzw. „kalichlorku" (czyli chloranu potasowego) wzbogaconego siarką z główki zapałki. Śniadanie wielkanocne (po rezurekcji) rozpoczynano od dzielenia się jajkiem oraz życzeń, które to czynności wykonywał ojciec (głowa rodziny).

Z innych zwyczajów wymienić należy „śmigus", polegający na oble­waniu się wodą. Wprawdzie zgodnie z tradycją oblewanie wodą winno odbywać się w poniedziałek wielkanocny czyli w drugi dzień świąt. Najczęściej męż­czyźni oblewali kobiety wodą. Często zdarzało się, że kobiety, szczególnie panny, wrzucano do rzeki lub stawu bądź zaciągano je pod studnie i ob­lewano wiadrami wody. W dniu tym domy w których mieszkały panny najczęściej były od rana zamknięte. By­wało, że w takich przypadkach młodzieńcy kawalerowie wyrywali snopki lub wyjmowali dachówkę z pokrycia dachu i tą drogą, przez strych, dosta­wali się do mieszkania. Niekiedy, aby dostać się do mieszkania wyważali drzwi lub okna. Po takim śmigusie mieszkanie wyglądało jak po powodzi, oprócz panny zalane było wszystko, meble, pościel, ściany, podłoga (po­lepa), ubrania itp. Obrona panien przed oblaniem była tylko pozorna, gdyż prawie każda chciała być oblana i to przez jak największą ilość kawalerów, gdyż świadczyło to o jej powodzeniu.

Zachował się też przyjemny zwyczaj majenia chat na Zielone Święta (Wniebowstąpienie). Do majenia używano zwykle gałęzi drzew liściastych jak lipa, grab, buk i innych. Po mieszkaniu i podwórzu rozrzucano też kłącze i liście aromatycznego tataraku. Pastuszkowie robili w ten dzień wianki z gałązek i kwiatów polnych i zakładali je na rogi krów, za co otrzymywali od gospodarzy-właścicieli krów po kilka groszy. Praktykowany też był we wsi piękny zwyczaj wychodzenia w Zielone Świątki na pola procesji z księdzem, który dokonywał poświęcenia pól i upraw. Uroczystość ta odbywała się zwykle w godzinach popołudniowych, po nieszporach.

Dożynki

Do ciekawych obrzędów zaliczyć też należy dożynki, święto posiadające bogate tradycje w społeczności wiejskiej związane z zakończeniem żniw i sprzętem zbóż. Dożynki odbywały się zwykle w jedną z niedziel po 15 sierpnia tj. po święcie Wniebowzięcia N.M.P. (Matki Boskiej Zielnej), gdyż jak mówiło przysłowie „Na Wniebowzięcie — zakończone żęcie". Na tę okoliczność pleciono wieniec dożynkowy z kłosów wszystkich zbóż i przy­strajano go kwiatami i owocami. Niosąc wieniec śpiewano piękne, ludowe piosenki, zaś w chwili wręczania wieńca dożynkowego śpiewano starą, dożynkową pieśń, której początkowa zwrotka brzmiała następująco:

Plon niesiemy, plon

w gospodarza dom

żeby zboże plonowało

po sto korcy z kopy dało.

Plon niesiemy, plon (...)."

 

 

Zdj. Dożynki  w roku 1933 w Czyszkach

 

 

Zaręczyny

W dniu zaręczyn w godzinach wieczornych, na­rzeczony ze swoim „starostą" udawał się do domu rodziców narzeczonej przynosząc z sobą wódkę i zakąskę. Tutaj obydwoje (narzeczeni) prosili rodziców panny o wyrażenie zgody na zawarcie małżeństwa. Prośba ta była zwykłą formalnością, gdyż sprawa ta została już wcześniej ustalona między ich rodzicami, często po długich targach o wiano, przy za­bezpieczeniu interesów obu stron. Po otrzymaniu zgody rodziców panny na zawarcie związku małżeńskiego, młodzi w towarzystwie starostów udawali się do księdza „dać na zapowiedzi", które oficjalnie potwierdzały ich zarę­czyny. Ksiądz po spisaniu tzw. protokołu przedślubnego zawierającego dane personalne narzeczonych i ich wolę, sprawdzał ich znajomość z zakresu pod­stawowych zasad wiary oraz roli i obowiązków instytucji małżeństwa. Po załatwieniu formalności u księdza, młodzi udawali się do rodziców narzeczo­nego by zaprosić ich na. przyjęcie zaręczynowe, które odbywało się w domu narzeczonej. W uroczystości tej, obok rodziców narzeczonych, brała udział najbliższa rodzina obu stron oraz najbliżsi sąsiedzi rodziców narzeczonej. Zapowiedzi  o mających zawrzeć związek małżeński, ksiądz ogłaszał w kościele z ambony przez trzy kolejne niedziele. W przypadkach pilnych, za zgodą władz kościelnych, wszystkie trzy zapowiedzi mogły być ogłoszone jednorazowo — w jedną niedzielę. Po zaręczynach (po „daniu na zapowiedzi") spraszano gości na wesele. Panna, w towarzystwie drużek prosiła swoich gości, odwiedzając osobiście każdą proszoną rodzinę, a kawaler w towarzystwie swoich drużbów prosił w podobny sposób swoich gości. Wesele odbywało się w obydwu domach weselnych, a rozpoczynało się w dniu poprzedzającym ślub — wieczorem. W wieczór poprzedzający ślub narzeczona, w towarzystwie swoich dwóch drużek, udawała się do rodziców narzeczonego i prosiła ich na wesele. Tego samego wieczoru, lecz nieco póź­niej niż uczyniła to panna, narzeczony z drużbami udawał się do domu na­rzeczonej i prosił jej rodziców na wesele. Ceremonia ta połączona była wza­jemnym wręczaniem podarunków. Narzeczona otrzymywała od narzeczo­nego welon, białe rękawiczki, bukiet oraz inne drobiazgi jak ozdobne chustki do nosa, broszki itp., narzeczony otrzymywał od narzeczonej białą ślubną koszulę i czarny krawat lub muszkę. Również i domownicy obu stron otrzy­mywali drobne upominki, chociaż nie było to regułą, a zależało od zamoż­ności rodziców narzeczonych.

W dniu ślubu pan młody w asyście drużbów prosi  swoich rodziców o bło­gosławieństwo, a następnie udaje się wraz z kapelą do domu panny młodej, która oczekiwała go już w stroju ślubnym. Przed udaniem się do ślubu mło­dzi prosili rodziców panny młodej o błogosławieństwo, a odbywało się to według następującego scenariusza. Rodzice (opiekunowie) siadali na krze­słach na środku izby. Do nich podchodzili kolejno. — panna młoda, a na­stępnie pan młody, którzy klękając, najpierw przed matką, a następnie przed ojcem i całując ich ręce  zwracali się do nich słowami „proszę o błogosławieństwo". Na tą prośbę matka, a następnie ojciec całowali no­wożeńców w głowę i odpowiadali „niech was Bóg błogosławi". Ceremoniał ten zarówno przez nowożeńców jak i rodziców panny młodej powtarzany był trzykrotnie. Po otrzymaniu błogosławieństwa młodzi w towarzystwie drużek i druż­bów, w uformowanym orszaku ślubnym, z kapelą na czele, udawali się (najczęściej pieszo) do kościoła, do ślubu, prosząc po drodze o błogosławieństwo członków najbliższej rodziny. Wyjściu z domu do ślubu towarzyszył zwykle płacz panny młodej, jej rodziców i najbliższej rodziny . Po ślubie, orszak weselny kierował się do domu weselnego tego z no­wożeńców, który po weselu opuszczał swój dom rodzinny i przenosił sio („przystawał") do domu rodzinnego współmałżonka np. jeśli panna młoda po weselu przeprowadzała się do domu męża (lub jego rodziców) orszak weselny kierował się z kościoła do jej domu i odwrotnie. W tym domu od­bywał się też zwykle pierwszy dzień wesela dla wszystkich zaproszonych gości. Uroczystość weselna była zwykłe mocno zakrapiana wódką i piwem. Przez cały czas tej uroczystości, gościom weselnym, przygrywała kilkuoso­bowa kapela, złożona z miejscowych muzykantów. Kapela ta grała też mar­sza przybywającym na wesele gościom, za co często otrzymywała od nich dodatkowe wynagrodzenie. Pod wieczór następowało składanie darów młodej parze przez wszyst­kich uczestników wesela. Ceremonia darowania odbywała się w następu­jący sposób. Młoda para siadała za stołem, a przed nią stawiano pusty talerz. Drużki śpiewając, przy akompaniamencie kapeli, odpowiednio do­brane, dowcipne piosenki-przyśpiewki zachęcały uczestników wesela do składania darów młodej parze. Pierwszymi składającymi dary byli rodzice następnie najbliższa rodzina, sąsiedzi i pozostali goście. Jeśli któryś z gości ocią­gał się ze złożeniem daru, lub wg uznania, drużek dar był za mały, wów­czas przyśpiewywały mu satyryczne piosenki wskazujące na jego skąpstwo czym często wymuszały złożenie lub powiększenie daru. Darowano przede wszystkim pieniądze, które zbierała drużka i przekazywała je młodej pa­rze. Każdy składający dar częstowany był przez starostów lub drużbów kieliszkiem wódki i słodyczami. Po zakończonym darowaniu następowały tzw. przenosiny, czyli zabiera­nie z domu weselnego panny lub pana młodego, do domu w którym razem zamieszkają. Jeśli przenoszono pannę młode, to wówczas drużbowie zabie­rali z jej domu zawiązane w prześcieradła pierzyny i poduszki, drużki obrazy świętych, starosta i starościna produkty żywnościowe, a pozostali uczestnicy wesela narzędzia jej pracy jak kądziel, przęślicę, wrzeciono, sierp, motykę, łopatę drewnianą do wsadzania chleba do pieca oraz kociubę (pogrzebacz) do pieca chlebowego. Jeśli przenoszono pana młodego, to wraz z nim za­bierano narzędzia jego pracy jak siekiera, kosa, widły, grabie, cep itp. Po obdarowaniu, panna młoda tańczy jak najdłużej  z druhnami .

Drużba pana młodego odbiera Ją druhnom i sadowi na kolanach pana młodego który siedzi i ją przytrzymuje a druhny tymczasem zdejmują z niej koronę z welonem. Na głowę wkładają jej czepek a raczej wiążą  na głowie chustę jaką sprawiła jej starościna.   W następny dzień po weselu, w domu w którym ma zamieszkać młoda para, odbywał się drugi dzień wesela, tzw. poprawiny. Na poprawiny, oprócz rodziców i najbliższej rodziny nowożeńców, proszono starostów, drużki i drużbów. Podobne poprawiny urządzano w najbliższą niedzielę po weselu w domu, z którego przeniesiono jednego z nowożeńców.  W dniu wesela, wieczorem, prawo wstępu na tańce miała młodzież nie­proszona z całej wsi. W okresie letnim tańce odbywały się najczęściej na podwórzu. Do około 1935 r. praktykowany był we wsi zwyczaj, że za tańce na weselu trzeba było płacić kierownikowi kapeli. Osoba zamawiająca taniec zgłaszała życzenie co kapela ma zagrać, a kierownik kapeli ogłaszał dla kogo ten taniec jest przeznaczony. Jeśli do takiego tańca włączył się ktoś niemile przez fundatora widziany, wówczas ten zatrzymywał kapelę i wypraszał nieproszonego gościa. Na tym tle dochodziło najczęściej do bójek, niejednokrotnie krwawych. W dniu ślubu weselni goście za tańce nie płacili.

Większość małżeństw  zawierana była między młodymi pochodzącymi z Czyszek. Bywały również małżeństwa gdzie jedna ze stron pochodziła z innej miejscowości np. Winnik, Dmitrowic itp. lecz  pochodzenia polskiego.

Chrzciny

 Kumów była  zawsze jedna para. Do chrztu dziecko niezależnie od płci trzymała matka chrzestna. Oboje rodzice chrzestni podarowują dziecku  „krzyżmo” tj: kilka metrów białego płótna, które po chrzcie wręczał rodzicom ksiądz.

 

Pogrzeb

Zasadniczą treścią tych obrzędów było czuwanie przy zmarłym, szczególnie przez starsze osoby, oraz odmawianie modli­twy i różańca za jego duszę, śpiewanie litanii itp. Niektórzy opowiadali tez w tym czasie różne, nieprawdopodobne, czasem nieprzyjemne i straszne hi­storie, wywołujące często lęk. Wyprowadzeniu zwłok z domu do kościoła odbywało się zawsze rano w asyście księdza . W czasie mszy katafalk otaczało 6 lub 8 mężczyzn z pochodniami. Z kościoła na cmentarz towarzyszył również ksiądz oraz niesiony przed nim krzyż i czarne, żałobne chorągwie. Uczestnicy pogrzebu towarzyszący zmarłemu w jego ostatniej drodze śpiewali okolicznościowe pieśni żałobne i litanie. Po odprawieniu na cmentarzu żałobnej ceremonii pogrzebowej przez księ­dza i opuszczaniu do grobu trumny,   uczestnicy pogrzebu śpiewali bardzo smutną i rzewną pożegnalną pieśń pogrzebową, której pierwsza zwrotka brzmiała:    

                          

„Zmarły człowiecze z tobą się żegnamy,

Przyjmij żal smutku, który ci składamy,

Prochy na grób twój nakładamy gliny,

Od twych przyjaciół, sąsiadów, rodziny...”

 

 

 

 

 

Zdj. Czuwanie przy trumnie zabitego żołnierza AK. Rok 1944.

 

 

Pieśń ta oraz spadające na trumnę grudy ziemi, prawie zawsze wyciskały łzy u wszystkich uczestników pogrzebu. Stypy pogrzebowej nie urządzano.    

 

 

Przestrzegane zasady

 

-         dzieci po urodzeniu były ochrzczone do 7 dni, lecz gdy      urodziło się chore chrzczono je  nawet następnego dnia po urodzeniu.

      -     każdego ranka i wieczorem mama z dziećmi odmawiała pacierz klęcząc

-         nie urządzano przyjęć i nie dawano dzieciom żadnych prezentów z okazji np. I komunii św. uważając że dziecko powinno się radować z przyjęcia Pana Jezusa.

-         w kościele w czasie mszy św. poszczególne grupy parafian miały swoje miejsca :

·        kawalerowie na chórze

·        po prawej stronie przed ławkami stała dorastająca młodzież  męska

·        w ławkach prawej strony mężczyźni

·        dalej ku przodowi  i kalaskach stali i siedzieli chłopcy szkolarze

·        po lewej stronie pod chórem, do ławek panny do wzięcia i narzeczone

·        w ławkach kobiety też z dziećmi 

·        na środku dorastające dziewczęta

·        od ławek ku przodowi i kalaskach dziewczynki szkolne

-         w niedzielę na tacę zbierali po prawej stronie kościoła dwaj mężczyźni z tym że jeden  ze świecą poprzedzał tego który zbierał na tacę. Po lewej stronie kościoła podobnie  zbierały na tacę kobiety  ze zgrupowania kółka różańcowego.

-         do mszy św.  służyli wyłącznie szkolni chłopcy  

-         o ile w narzeczeństwie urodziło się dziecko to ojciec tego dziecka /narzeczony/ był niezauważany przez mieszkańców, nikt mu nie podał ręki.  O ile narzeczona /matka dziecka/ oświadczyła że ojciec jej dziecka jest nieodpowiedzialny i nie dorósł do małżeństwa to taki mężczyzna zostawał starym kawalerem                   

-         ile nieczystych grzechów /seksualnych/ przed i poza ślubem sakramentalnym , tyle  nieszczęść po ślubie -  tak przestrzegały matki swoje dzieci

-         gdy panna z wianuszkiem na głowie , ale w stanie błogosławionym /w ciąży/ podeszła z narzeczonym do ołtarza  aby złożyć ślub to kapłan ręką zdjął wianuszek z głowy i położył na skraju ołtarza . po ślubie i błogosławieństwie kapłan założył wianuszek z powrotem na głowę lecz  już mężatki.

Ubiory

Mężczyźni w latach międzywojennych zmieniają  pomału swoje upodobania i zaczynają ubierać się przeważnie po miejsku  ale starsi gospodarze noszą jeszcze długą sięgającą  poniżej kolan koszulę z domowego płótna  z szerokim na 10-15 cm wysokim kołnierzem. W dzień świąteczny przywdziewają opończę w kolorach białym, popielatym, niebieskim lub brunatnym z naszywanymi ozdobami z włóczki.  Dziewczęta i kobiety lubowały się w materiałach wełnianych koloru ciemnego. Kobiety starsze obowiązują sobie głowę chustką tak aby nie było widać włosów tworząc tzw. czepek. Idąc do miasta lub do kościoła ubierały druga chustę , zawiązując jej końce pod szyją. Młode mężatki używały tylko jednej chusty bez czepka. Bluzki tzw. „kaftaniki” noszono rozpuszczone po spódnicy.

Kazimierz Łamasz tak opisuje ubiór mężczyzn i kobiet. „Czyszanie ubierali się na czarno jak mężczyźni tak i kobiety. Ubiór mężczyzny składał się z czarnych spodni, czarnej marynarki, kamizelki i czarnych butów z długimi cholewami i czarnego kapelusza, uzupełnieniem ubioru była duża parasol. Kobiety tez ubierali się na czarno w czarne kostiumy, czarne palta, czarne chusteczki w zielone kwiaty i białe chusteczki w czarne kropki . Chusteczki w czerwone róże czy inne kwiaty nie były uznawane. Na nogach nosiły półbuty bokse po czyszeckiemu nazywane mesztami lub trzewiki boksowe z długą cholewą sznurowane.”

Ubiory mieszkańców wsi zależały w znacznej mierze od ich zamożności. Ogólnie należy jednak stwierdzić, że ubiory te były raczej skromne, proste, a często też ubogie, co można zauważyć na niektórych, przedstawionych w monografii, zdjęciach.

Ubiory męskie (ubrania) nie odbiegały od mody męskiej w mieście. Szyte były najczęściej z jednolitego materiału i składały się z marynarki i długich, prostych spodni do „mesztów" (półbutów). Ubranie do butów z cholewami składało się z tzw. rajtek czyli spodni do butów z cholewami i marynarki, uszytych z różnych materiałów. Najczęściej używano, noszono białe płócien koszule. Krawatów („krawatek") używano rzadko, chociaż w ostatnich latach stawały się modne i coraz częściej noszone przez mężczyzn w młod­szym wieku. Nakrycie głowy stanowiła czapka typu kaszkiet, a u osób starszych kapelusz. Posiadano zwykle dwa, rzadziej trzy ubrania przy czym ubrania odświętne szyte były z lepszego materiału i używane wyłącznie w niedziele, święta i większe uroczystości (jak wesela, zabawy), zaś ubra­nia robocze szyte były z cajgu (bawełniana tkanina ubraniowa). Odzież zimową stanowiły kurtki lub płaszcze z grubego, wełnianego materiału ocieplane watą, rzadziej kożuchy. Nakrycie głowy,  u starszych osób, stanowiły barankowe czapki, szczególnie u zamożniejszych gospodarzy. Rękawic używano rzadko.

Ubiór kobiet był również bardzo skromny. Na ubiór ten składały się sukienki z różnych gatunków materiałów  wełnianych, flanelowych,

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Zdj. od lewej -   Maria Blicharska ur. 1892 r., po prawej na drugim zdjęciu Maria Trojanowska żona Andrzeja Kempy rok 1926,  Anna Krupa  rok 1910

 

 

Zdj. Walawa 2006 r. Antonina Łamasz   w chuście  przywiezionej z Czyszek - chusta Jej mamy

 

 

 

 

perkalikowych, jedwabnych. Częściej jednak używano ubiorów dwuczęściowych składających się ze spódnicy (często b. szerokiej) oraz bluzki i żakietu. Nakrycie głowy stanowiły ładne chustki wełniane, jedwabne lub perkalikowe. Ubiorów tych kobiety miały zwykle kilka, a ich ilość i jakość zależała od zamożności gospodarza. Okrycie zimowe często stanowiły wełniane, podwatowane płaszcze, a u zamożniejszych kożuszki „zakopiańskie". Potrzebne ubiory wykonywane były przez miejscowych rzemieślników z wyjątkiem kożuchów i barankowych czapek, które kupowano na targu lub w sklepach we Lwowie.

 

 

 

Obuwie. Wyrobem obuwia trudnili się miejscowi szewcy. Znaczna większość mieszkańców wsi używała butów przede wszystkim od jesieni do wiosny, przez pozostałą część roku chodziła boso (nawet po ścierni i świeżo skoszonej łące). Wyjątek stanowiły niedziele i święta. Dzieci z reguły chodziły boso tak długo jak tylko było to możliwe. Buty robione dla dzieci miały zwykle służyć kilka lat i dlatego robione były na „wyrost", o kilka numerów większe. W butach chodzono aż do zdarcia, w razie potrzeby były na bieżąco reperowane (łatane, żelowane). W zależności od przeznaczenia (robocze, świąteczne, letnie, zimowe) buty wykonywane były albo ze skóry bydlęcej albo ze skóry boksowej cienkiej. W zależności od sezonu używano butów z cholewami, trzewików lub półbutów („mesztów"). W okresie zimowym, zarówno mężczyźni jak i kobiety, używali pra­wie wyłącznie butów z cholewami. Do bardziej eleganckich ,świątecznych butów z cholewami należały tzw. oficerki („angliki") wykonane z cienkiej, boksowej skóry, na które nie każdy mógł sobie pozwolić. Dla wielu mieszkańców wsi, szczególnie mężczyzn, buty z cholewami stanowiły obuwie wielosezonowe, używane przez cały rok. Szczególnie w oficerkach chodzono bardzo często również w lecie. W okresie letnim używano częściej trzewików lub mesztów, szczególnie w dni świąteczne. Trzewiki damskie, zresztą bardzo ładne, charakteryzowały się długimi, sznurowanymi cholewkami i lekko podwyższonym obcasem. Męskie buty z cholewami i trzewiki obowiązkowo miały podkute obcasy stalowymi podkówkami, które w okresie zimowym wykorzystywane były, szczególnie przez dzieci, do jazdy na lodzie.

Wielu rolników we wsi posiadało często tylko jedną parę butów. Niektórzy gospodarze mieli po dwie, a wyjątkowo trzy i więcej

 

Budownictwo mieszkalne i gospodarcze

 

Prawie we wszystkich izbach mieszkalnych oraz komórkach umieszczony był trzon kuchenny z piecem grzejnym. Każda izba w chacie była wieloczyn­nościowa — służyła lub mogła służyć za kuchnię, pokój i sypialnię, często dla wielu osób. Ponadto w komórkach większości domów wybudowany był piec chlebowy, którego gabaryty wychodziły najczęściej do izby. Piec taki w izbie wykorzystywany był do spania dla osób starszych lub dzieci jako tzw. „zapiecek". Tylko nieliczne chaty miały w izbach podłogi z desek. Brak środków finansowych nie pozwalał na taki „luksus", zamiast podłóg z desek miało polepy ubite z gliny, często zmieszanej z plewami. Polepy te mieściły się zwykle na poziomie dolnej płaszczyzny podwaliny. Dlatego w izbach takich progi były często bardzo wysokie, nawet do 30 cm, a wyso­kość ich odpowiadała grubości podwaliny i ramy drzwiowej. Chat kurnych we wsi nie było.

 

Technologia budownictwa

 

Czyszki pozbawione były w zasadzie tradycyjnych, typowych materiałów budowlanych jak drewno, cegła, kamień czy żwir. Wszystkie chłopskie budynki we wsi były parterowe. Technologia budowlana we wsi oparta była na konstrukcji zespolonej. Podstawowym materiałem budowlanym, z którego budowano zarówno do­my jak i budynki gospodarcze były drewno, glina, słoma i kamień. Więk­szość, domów mieszkalnych we wsi stanowiły lepianki. Cegłę na komin, trzon kuchenny i piece kupowano w Winnikach, a dachówkę w Barszczowicach. Jedynym rodzimym materiałem budowlanym we wsi była glina kopana oraz słoma żytnia, którą produkował każdy rolnik we wsi we własnym gospodarstwie.

Technologia budowy lepianki była niezbyt skomplikowana, chociaż bardzo ciekawa i być może nie spotykana w tych regionach kraju, które dys­ponowały dostateczną ilością tradycyjnych materiałów budowlanych oraz były bardziej zasobne w środki finansowe.

Roboty budowlane były proste, a ich realizację można podzielić na etapy.

Etap pierwszy budowy to wykonanie robót ziemnych stanu zerowego. Roboty te polegały wyłącznie na pracach naziemnych i ograniczały się do niwelacji i wypoziomowania terenu przeznaczonego pod budowę oraz wy­tyczenia poziomego obrysu budowy. Wymiary takiego domu wahały się w granicach 10-12 m x 5-6 m (przy wysokości izby 2,75-3,0 m), żadnych wykopów pod fundamenty ani też żadnych fundamentów (w rozumieniu dzisiejszym) pod budynek nie wykonywano. Budynek taki stawiany był wy­łącznie na podwalinach położonych na kamieniach ułożonych bezpośrednio na powierzchni ziemi.

Po przygotowaniu prac naziemnych przystępowano do wykonania robót zasadniczych, podstawowych. Roboty te rozpoczynano ułożeniem kamieni na powierzchni ziemi, w miejscu wcześniej wyznaczonego obrysu budowy. Kamienie te pełniły rolę fundamentu. Były one rzadko układane na całej wytyczonej powierzchni obrysu fundamentu, najczęściej układano je tylko w ściśle określonych miejscach — na rogach (węgłach) domu oraz w kilku in­nych miejscach najbardziej obciążonych. Na tak ułożone kamienie układano grube podwaliny, na których budowano (stawiano) główną bryłę konstruk­cji szkieletu budynku. Przy wykonywaniu drewnianej konstrukcji budynku używano drzewa twardego i miękkiego. Z drzewa twardego, dębowego, wy­konywane były podwaliny, słupy pionowe (wsporowe) oraz stojaki („szcze­ble"). Pozostała część konstrukcji wykonana była z drzewa miękkiego, so­snowego.

Na ułożonych podwalinach stawiano pionowe słupy wsporowe, które następnie wiązano (łączono) biegnącymi równolegle do podwaliny belkami nośnymi i wspomagającymi. Następnie między podwaliną a poziomo uło­żonymi belkami nośnymi i wspomagającymi wstawiano, w odstępach 25-30 cm, dębowe stojaki o średnicy 4-5 cm, co stwarzało wygląd drabin ułożo­nych poziomo jedna na drugiej. Tak wykonana konstrukcja głównej bryły budynku posiadała wygląd ażurowy, przypominający przygotowany do wyplatania szkielet dużego kosza. Na tak przygotowanej konstrukcji budynku wykonywano więźbę da­chową i przykrywano dach. Dach musiał być wykonany jeszcze przed wyko­naniem ścian budynku, gdyż stanowił on zabezpieczenie tych ścian (z gliny i słomy) przed zmyciem ich przez wody deszczowe. Dach pokrywano najczę­ściej słomą lub dachówką. Krycie dachu słomą nazywano „poszywaniem". Do poszywania dachu, czyli do pokrycia go słomą (strzechą) robiono spe­cjalne snopki, które   przywiązywano do łat dachu powrósłem.

 

 

Dom w Czyszkach  na przeciwko kościoła /zdj. 2005 r./ . Dawny gospodarz nie znany

 

W zależności od rodzaju snopków (płaskacze, wąsacze) dach pokryty strzechą; mógł być gładki lub schodkowy. Dach dobrze pokryty, dobrze wykonanymi snopkami, był bardzo trwały i spełniał dobrze swoje zadanie przez wiele lat.

Po przykryciu dachu przystępowano do lepienia ścian czyli tzw. „wał­kowania ścian". Lepienie ścian polegało na wypełnianiu wałkami ze słomy i gliny wolnych przestrzeni między stojakami, przy czym czynność ta przy­pominała wyplatanie kosza. Materiałem do robienia wałków była słoma żytnia prosta (otrzymywana przy młóceniu snopów żyta cepem), plewa, glina i woda. Glinę rozdrabniano i mieszano z plewą, następnie zalewano odpowiednią ilością wody i mieszano aż do uzyskania odpowiedniej konsy­stencji. Następnie glinę tak przygotowaną nakładano na warstwę rozłożonej, prostej słomy żytniej i wgniatano ją w tę słomę. Wszystkie te czynności wy­konywano bosymi stopami. Tak wyrobioną słomę z gliną zwijano w wałek o średnicy 15-20 cm, który następnie przeplatano między stojakami, two­rząc z tego ścianę. Po wykonaniu w ten sposób wszystkich ścian budynku pozostawiano je do wyschnięcia. Zanim ściany wyschły, wewnątrz domu murowano w tym czasie komin, trzony kuchenne i piece, a także wstawiano stolarkę.

Po wyschnięciu ścian przystępowano do ich wyprawiania. Wyprawa ścian przebiegała w dwóch etapach — najpierw ścianę obrzucano zaprawą glinianą otrzymywaną przez zmieszanie odpowiednich proporcji gliny z plewami i wodą. Zaprawa ta służyła jedynie do wyrównania ścian. Po wysch­nięciu tej zaprawy przystępowano do wygładzania ścian, czyli tynkowania. Do tego celu używano zaprawy murarskiej z piasku i wapna (cementu nie używano).

Strop (sufit) w takiej chacie wykonany był najczęściej z pojedynczych desek przybitych od góry do legarów (tzw. tragarzy), rzadziej z desek po­dwójnych, przybijanych do legarów od góry i od dołu. Na deski sufitu, od strony strychu, nakładano zaprawę z gliny i plew celem uszczelnienia i ocieplenia stropu. Od dołu sufit obijano trzciną, którą następnie tynkowano, podobnie jak ściany, zaprawą piaskowo-wapienną. Taką zaprawą wypra­wiano też komin, trzony kuchenne i piece.

Do ostatnich prac wykończeniowych należało szklenie okien i bielenie ścian domu wewnątrz, łącznie z sufitem, oraz na zewnątrz. Do bielenia izb i ścian zewnętrznych domu używano wapna gaszonego z dodatkiem niebieskiej ultramaryny. Mieszkanie takie było następnie bielone w ten sam sposób i na ten sam kolor co najmniej raz w roku. Równie często bielony był dom na zewnątrz. Budynek taki, po wykończeniu, wyglądem zewnętrznym przypominał zupełnie budynek murowany, co bardzo często wprowadzało w błąd osoby postronne nie znające tej technologii budowy. Domy te były stosunkowo ciepłe, ale bardzo często na okres zimowy były jeszcze dodatkowo ogacane sianem lub słomą (nazywano to „zagatą"). Zasadniczym powodem dodatkowego ocieplania, takiego budynku na zimę, przez ogacanie go, był fakt, że nikt we wsi nie ogrzewał w zimie mieszkania na ciepło. Ogrzewanie miesz­kania następowało jedynie w chwili palenia pod kuchnią w czasie gotowania posiłków. Ponieważ posiłki gotowano tylko w jednej izbie, pozostałe izby nie były więc ogrzewane. Zimą temperatura w izbach nie ogrzewanych wa­hała się często w granicach 0-3° C, a niekiedy była minusowa, a pomimo tego w izbach tych mieszkańcy domu spali. Niektóre izby były czasem do­datkowo ogrzewane przez piec chlebowy, ale tylko wtedy kiedy gospodyni piekła chleb, a na wsi chleb pieczono nie częściej niż jeden raz w tygodniu. Nie ogrzewanie mieszkań w zimie spowodowane było zarówno brakiem pieca grzejnego w izbie (rolę tę spełniał trzon kuchenny z „przypieckiem") oraz brakiem opału — drewna, i torfu (węgla we wsi nie używano). Strych w takich budynkach najczęściej służył jako spichlerz do przechowywania ziarna, a niekiedy również do składania siana lub snopków zboża. Często w tym celu część dachu budowano tak, że w razie potrzeby można go było w tym miejscu podnieść, by ułatwić podawanie snopów lub siana na strych.  Domy budowane tą technologią były dość trwałe. O trwałości takich domów może świadczyć fakt, że większość z nich stoi jeszcze we wsi i jest zamieszkała do chwili obecnej, a przecież większość tych chat miała już po kilkadziesiąt lat w chwili opuszczania wioski przez jej prawowitych właści­cieli w 1945 roku.  Podobną technologię stosowano w budownictwie obór i stajni. Podstawowy szkielet stodoły budowano podobnie jak domu mieszkalnego, nato­miast do wykonywania ścian stodoły zamiast stojaków i wałów z gliny i słomy używano często desek bądź też wyplatano je z grubej leszczyny lub wikliny. Przy budowie domu lub innego budynku gospodarczego inwestor (właś­ciciel) płacił jedynie robociznę fachową — cieślom, murarzom, stolarzom. Pozostałe prace, łącznic z przywiezieniem materiału budowlanego oraz „wałowaniem" ścian, odbywały się najczęściej w ramach samopomocy sąsiedz­kiej (w czynie społecznym) nieodpłatnie, przez sąsiadów, kolegów, krewnych, najczęściej tylko za poczęstunek.  Piwnice posiadało tylko około 50% gospodarstw. Budowane one były najczęściej oddzielnie, na zewnątrz budynków, a tylko nieliczna część gospodarstw miała piwnice pod budynkiem. Rolnicy nie posiadający piwnic murowanych budowali często prymitywne piwnice w ziemi zwane „ślepymi jamami". W tym celu kopano głęboki, prostokątny dół, do którego z jednej strony kopano korytarz wejściowy lub schody. Po napełnieniu tego dołu  ziemniakami lub burakami, nad jamą tą układano podłużną belkę opierając ją na poprzecznych belkach ułożonych nad korytarzem i nad jamą piwnicy. Na podłużnej belce kładziono następnie kołki drewniane opierając je na bokach jamy — na ziemi, co przypominało krokwie na dachu. Następnie na te kołki (krokwie) układano poprzeczne żerdzie (jak łaty na krokwiach) i przykrywano je słomą., na którą kładziono odpowiednio grubą warstwę ziemi. Wejście do ślepej jamy było zatykane wiązkami słomy, Wielu rolników, nawet tych, którzy posiadali piwnice lub ślepe jamy oraz nic posiadających piwnicy, przechowywało okopowe (ziemniaki, buraki, marchew) w kopcach.

Studnie posiadało we wsi jedynie około 45-50% gospodarstw. Wiele go­spodarstw korzystało ze studni wspólnych lub sąsiadów. Niektórzy rolnicy korzystali z małych źródełek wody zabezpieczonych jedynie cembrowiną z drewnianych belek. Wody w studniach nie brakowało nigdy.

 

Rolnictwo

 

Kultura rolna na wsi w okresie międzywojennym była stosunkowo niska. Mieszkańcy wsi nie mieli dostępu do oświaty rolniczej, ani też nie korzystali z fachowej literatury rolniczej. Nie istniało też żadne poradnictwo fachowe w zakresie produkcji roślinnej i zwierzęcej na. wsi. Żaden rolnik we wsi nie posiadał fachowego przygotowania rolniczego nabytego w szkole rolniczej a ogrodnicze przygotowanie posiadał tylko Franciszek Bartosiewicz s. Dominika zam. pod  nr. 79 który ukończył szkołę ogrodniczą.  Działalność powstałego we wsi, w okresie międzywojennym, kółka rolniczego w zakresie upowszechniania wiedzy rolniczej i stosowania właściwej agrotechniki w uprawie roli i roślin nie przyniosła oczekiwanych rezultatów. Spowodowane to było wieloma czynnikami. Do najważniejszych zaliczyć należy przede wszystkim krótki czas działania tej organizacji i brak odpowiednich instruktorów, trudności w przełamaniu u mieszkańców wsi, szczególnie starszych, wielowiekowych tradycji w zakresie uprawy roli i chowu zwierząt oraz brak środków finansowych niezbędnych do wdrożenia postępu rolniczego.

Cała wiedza agrotechniczna chłopów w zakresie zabiegów stosowanych przy uprawie roli i roślin, a więc orki, bronowania, kultywatorowania, nawożenia, przygotowania materiału siewnego i sadzeniaków, siania, ochrony roślin, sprzętu i przechowywania plonów opierała się wyłącznie na tradycjach opartych na wieloletnim doświadczeniu przekazywanym z pokolenia na pokolenie. Do uprawy roli jako siły pociągowej używano koni oraz takie narzędzia rolnicze jak jednoskibowy pług , brony żelazne lub drewniane, kultywator, a ponadto konne gracki do pielenia ziemniaków i buraków oraz płużek tzw. obsypnik do obsypywania ziemniaków.

Do siewu i zasadzeń używano zwykle nasion i sadzeniaków własnych, chociaż niektórzy rolnicy zaczęli już stosować ziarno i sadzeniaki selekcjonowane. Zboże siano ręcznie, z płachty, a ziemniaki sadzono ręcznie za pługiem „pod skibę" - co druga skibę. W uprawie ziemiopłodów stosowano system płodozmienny, planowany z góry na kilka lat. Przy tym systemie uprawy występował kilkuletni, najczęściej czteroletni, cykl rotacyjny uprawy ziemiopłodów na tym samym zagonie w pewnej kolejności. Kolejność ta była najczęściej następująca: pierwszym ziemiopłodem sadzone na oborniku byty ziemniaki lub buraki. Po ziemniakach i burakach siano pszenicę, a na części buraczyska siano często proso. Po pszenicy siano żyto, a po życie owies. Zwykle na tym kończył się cykl rotacyjny i rozpoczynał w tej samej kolejności następny. W uprawie ziemiopłodów mógł też być stosowany inny cykl rotacyjny.

Nawożenie. Podstawowym i jedynym nawozem używanym we wsi do użyźniania gleby byt nawóz organiczny tj. obornik. Najczęściej był on sto­sowany pod ziemniaki i buraki jako rośliny rozpoczynające płodozmian. Obornik pod buraki wywożono i przeorywano w jesieni zaś pod ziemniaki na. wiosnę. Nawożenie obornikiem odbywało się mniej więcej co 4 lata. Cykl ten mógł być dłuższy lub krótszy, zależało to wyłącznie od ilości posiadanego obornika i ziemi. Ilość posiadanego obornika uzależniona była od ilości posiadanych zwierząt. Nawozów mineralnych (sztucznych) we wsi nie stosowano z uwagi na zbyt wysoką cenę oraz brak pieniędzy na ich zakup. Nie stosowano też nawozów zielonych.

Produkcja rolna. Jak wyglądała produkcja rolna i jej wydajność w początkowym okresie istnienia i działalności gospodarczej wsi Czyszki nic nie wiemy. Wiemy natomiast, że produkcja rolna, gospodarstw kmiecych późnego średniowiecza (XIV-XV w.) oparta była przede wszystkim na uprawie żyta. i owsa, które szacuje się na około 80% ogólnych upraw zbożowych, pszenicy 10%, jęczmienia  5%. Uprawiano również proso i grykę na wyrób kasz, soczewicę, rzepę, len. konopie. Żyto i pszenica służyły do produkcji mąki chlebowej. Owies obok przeznaczenia na stół,  służył też jako pasza dla koni. Wydajność tych zbóż w tym czasie była bardzo mała. Szacuje się ją na około 60 q zboża rocznie z małego łanu flamandzkiego (zwanego też chełmińskim albo średzkim = 30 morgów, tj. 16,8 ha), co w przeliczeniu daje plon około 2 q z morga lub 3,57 q z ha.

Wiadomo, że rozwój i wielkość produkcji rolnej uzależniony jest od ta­kich czynników jak: jakość gleby, stosunki własnościowe, wielkość gospodarstw. możliwość zbytu produktów rolnych, postęp techniczny, nawożenie, odmiany nasion, przygotowania zawodowego, a wreszcie od pracowito­ści rolnika. W wieku XV - XVIII nie wystarczała ona, jednak do osiągnięcia odpowiednio wysokiej i potrzebnej mieszkańcom produkcji rolnej. Dlatego wiele gospodarstw we wsi nie było nawet samowystarczalnych, gdyż niejednokrotnie nie były w stanie zapewnić swym rodzinom utrzymania. Wiele rodzin w okresie przednówka, głodowało, a sytuacja taka powtarzała się przez dziesiątki lat. Widmo przednówka i głodu zmniejszyło się w znacznym stopniu dopiero z chwilą wprowadzenia do uprawy ziemniaków (koniec XVIII w.), które od tej pory stanowiły podstawowy składnik pożywienia wielu rodzin na wsi.

Do podstawowych ziemiopłodów uprawianych w Czyszkach w okresie międzywojennym zaliczyć należy: pszenicę, żyto, owies, ziemniaki, jęczmień, hreczkę (grykę), proso, kukurydzę, buraki pastewne oraz fasolę. Z  hreczki, prosa i kukurydzy wyrabiano kasze.

Do bardzo ważnych roślin, uprawianych prawie w każdym gospodarstwie, należały też konopie, rzadziej len. Rośliny te stanowiły podstawowy surowiec do produkcji włókna i ziarna, (siemienia). Dojrzałe rośliny wyrywano z korzeniami, suszono, wiązano w snopki i młócono w celu otrzymania ziarna., a następnie poddawano niezbędnej obróbce technicznej, a w szczególności: snopki konopi (lnu) poddawano 2-tygodniowemu moczeniu (macerowaniu) przez całkowite zanurzenie w wodzie w stawie lub rzece. Po zakończeniu moczenia konopie wyjmowano z wody, suszono a następnie poddawano międleniu celem oddzielenia paździerza od włókna. Międlenie wykonywane było ręcznie na tzw. międlicach i tarlicach, których zadaniem było połamanie słomy konopi i wstępne oczyszczenie włókna z paździerza. Tak uzyskane włókno (przędziwo) było następnie wyczesywane na specjalnej „gwoździowej" szczotce. Czesanie to miało na celu dokładne oczyszczenie włókna z paździerza oraz jego selekcji na włókna (przędziwo) najlepsze pierwszego gatunku, średnie i odpady, czyli tzw. pakuły. Z otrzymanych w ten sposób włókien kobiety przędły ręcznie nici używając do tego prześnić (przęślic), kądziołków i ręcznego wrzeciona (kołowrotków nic było). Z nici tych, w wiejskich warsztatach tkackich, wyrabiano surowe, szare płótno. Płótna cienkie, delikatne, po wybieleniu (uzyskiwanym przez częste pranie płótna w wodzie „pranikiem" tzw. kijanką i suszenie go na słońcu) używane były na obrusy, prześcieradła, ręczniki. Z płócien bardzo cienkich i delikatnych, najczęściej lnianych, robiono koszule. Płótna, grube, z grubych nici konopnych, używano wyłącznie na worki na zboże i ziemniaki, derki (płachty) do noszenia trawy a także baniek z mlekiem wożonym na sprzedaż do Lwowa, do siania zboża itp. Z grubego włókna robiono ponadto sznury, powrozy i postronki tak bardzo przydatne w gospodarstwie, zaś pakuły jako nieprzydatne w gospodarstwie sprzedawano Żydom. Z nasion konopi wyrabiano w wiejskich olejarniach bardzo dobry i smaczny olej, który szczególnie w okresie wielkiego postu był najczęściej jedynym tłuszczem używanym przez mieszkańców wsi jako omasta. Siemię lniane najczęściej sprzedawano, a także robiono z niego kleik do pojenia cieląt.

Wydajność czterech podstawowych zbóż oraz okopowych we wsi należy uznać za dobrą. Podstawową miarą powierzchni gruntów, znana i powszechnie używaną przez wszystkich rolników we wsi, był mórg (56 arów), a nie hektar (100 arów). Pojęcia haktar w rozrachunkach wiejskich nie używano. W związku z tym wydajność zbóż i okopowych liczono również z powierzchni 1-go morga, a nie z hektara. Również stosowana we wsi miara wydajności zbóż różniła się od powszechnie stosowanej obecnie.

Miarą wydajności zbóż była ilość snopów zboża zebranych z powierzchni 1-go morga mierzona w kopach (60 szt.). W zależności od jakości gleby, z powierzchni 1-morga zbierano 8-13 kop snopów, średnio 10,5 kopy, a w przeliczeniu na hektar 18,75 kopy. Przeciętne zbiory uzyskiwane w Czyszkach w latach 1820 , zarówno z jednej kopy jak i z powierzchni  1-go morga i 1-go hektara przedstawia tabela poniżej:

 

Ogrodnictwo i warzywnictwo. Warzywa uprawiano we wsi prawie wyłącznie na użytek własny, głównie dla zaspokojenia potrzeb rodziny, rzadziej na sprzedaż. Powierzchnia gruntów zajęta pod uprawy warzyw sta­nowiła nikły procent gruntów ornych i ogrodów. Do nielicznych którzy prowadzili większą działalność ogrodniczą w latach 30-tych była rodzina Bartosiewicz z „miasteczka” w której Franciszek Bartosiewicz syn Dominika i Anny był  z zawodu ogrodnikiem. Franciszek w czasie wojny ranny nad Łabą w wyniku czego amputowano mu prawą nogę. Starał się przez pewien okres prowadzić ogrodnictwo lecz z uwagi na kalectwo musiał z tego zrezygnować. Do warzyw najczęściej uprawianych w ogrodach przydomowych należały: kapusta, marchew, pietruszka, cebula, czosnek, ogórki, buraki ćwikłowe, groch, fasola, sałata. Pomidory i truskawki były rzadkością w ogrodach chłopskich. Największe spożycie warzyw we wsi było w okresie wegetacji, bardzo małe w zimie , głównie kapusta kwaszona, fasola, cebula, buraki ćwikłowe, marchew.

Sadownictwo. Sady we wsi Czyszki  były tylko przy niektórych „chatach" w szczególności w Wulkach. Powodów było wiele. Do najważniejszych zaliczyć należy „oszczędność ziemi" z po­wodu powszechnego odczuwania jej braku oraz niedostatku na wsi. Rolnik musiał wybierać, czy na skrawku posiadanej ziemi zasadzić sad, który go nie wyżywi, czy ziemniaki, które chociaż częściowo, co roku zapewnią bvt jego rodzinie. Wybór prawie zawsze padał na ziemniaki, gdyż one stanowiły podstawowy składnik jego wyżywienia.  Owoce używano do własnego użytku, rzadziej do sprzedaży, na surowo oraz suszone, szczególnie śliwki węgierki i jabłka, z których susz wykorzystywany był w okresie zimowym.

Produkcja zwierzęca. Właściwy rozwój i wzrost hodowli zwierząt domowych datuje się jednak dopiero od polowy XVIII w. Nabycie umiejętności gromadzenia pasz na zimę (siana) spowodował wzrost hodowli bydła i koni. Do zwierząt domowych hodowanych przez rolników w Czyszkach należały: bydło, konie, świnie, króliki, kury, gęsi, kaczki, a więc zwierzęta, które zapewniały utrzymanie podstawowych produktów pocho­dzenia zwierzęcego jak mleko, mięso, tłuszcz, ser, jaja, a także stanowiły siłę pociągową, jak konie. Niektórzy rolnicy zajmowali się też chowem pszczół. Owiec we wsi nie hodowano.

Obfitość użytków zielonych (łąk i pastwisk) powodowała, że pierwsze miejsce w produkcji zwierzęcej we wsi zajmowało bydło. W hodowli tej dominowa! kierunek mleczny. Krowy hodowane były przez około większość gospodarstw. Ilość bydła hodowanego w gospodarstwach, łącznie z jałowizną, wynosił od 1-5 sztuk, a wyjątkowo i 7 sztuk. Średnio na każde gospodarstwo przypadało co najmniej 2 sztuki bydła. Mleko w większości przeznaczone było na sprzedaż, gdyż stanowiło jedno z podstawowych źródeł dochodów. Cielęta, które nie zostały wyselekcjonowane do dalszej hodowli, sprzedawane były jako materiał rzeźny Żydom prowadzącym obwoźny skup zwierząt rzeźnych.

Hodowla koni we wsi związana była wyłącznie z zapotrzebowaniem na silę pociągową w rolnictwie. Po dwa konie trzymano tylko w gospodarstwach większych, po jednym w gospodarstwach posiada­jących mniej ziemi. Gospodarstwa nie posiadające koni  korzystały z koni sąsiadów, najczęściej w zamian za odrobek, rzadziej za zapłatę pieniężną. Cięższe prace polowe jak orka, bronowanie, wożenie obornika, snopów czy siana wykonywano prawie zawsze parą koni. Dlatego rolnicy posiadający tylko jednego konia, do wykonywania, tych prac wypożyczali między sobą drugiego konia, co potocznie zwano „sprzęganiem się". Jednym koniem wykonywano tylko lżejsze prace jak grackowanie ziemniaków czy buraków, obsypywanie ziemniaków, przywiezienie trawy itp.

Hodowla świń oparta była przede wszystkim na gotowanych ziemniakach i otrębach, a więc paszy zbożowej, a latem dodat­kowo na dodatku pasz zielonych jak pokrzywa, liście buraczane (siekane z dodatkiem otrąb). Świnie przeznaczone dla własnych potrzeb hodowane , były jako tuczniki do 150-250 kg wagi żywej, a niekiedy nawet do wagi 3OOkg lub wyższej. Tuczenie świni do tak dużej wagi miało na celu zapewnienie rodzinie hodowcy dostatecznej ilości tłuszczu w postaci słoniny lub sadła (tzw. błona, czyli tłuszcz krezkowy). Warto przy tym wspomnieć, że słonina gruba np. „na 4-5 palców" wystawiała rolnikowi-hodowcy dobrą „wizytówkę" i odwrotnie. O sposobie konserwacji i przechowywania słoniny i sadła wspominam w dalszej części. Świnie przeznaczone na sprzedaż ho­dowane były do niższej wagi, 100-150 kg. Wyhodowanie świni do tak wysokiej wagi było bardzo kosztowne. Ówczesne rasy świń oraz technologia stosowanego żywienia nie gwarantowały szybkiego i dużego przyrostu zwierząt na wadze. Hodowla, takiej świni do podanej wyżej wagi trwała stosunkowo długo, od l – 1,5 roku, a niekiedy i dłużej. Do wykarmienia jednej świni do podanej wyżej wagi należało zużyć co najmniej kilka kwintali ziemniaków oraz kilkadziesiąt kilogramów zboża (otrębów). Była to więc hodowla bardzo kosztowna i oparta prawie wyłącznie na produktach stanowiących podstawę wyżywienia większości rodzin, szczególnie biedniejszych. Dlatego nie wszystkie gospodarstwa we wsi mogły sobie pozwolić na wyhodowanie choćby jednej świni w roku, gdyż uszczupliłoby to w znacznym stopniu ich i tak małe zapasy żywnościowe. Warto przy tym wspomnieć, że wiele rodzin nie dysponowało własnymi otrębami, gdyż używało mąki razowej.   

Hodowla drobiu ograniczała się zwykle do małych, przydomowych stad, liczących 10-30 sztuk. W hodowli tej wiodąca rolę odgrywały kury  nioski, trzymano też dużo gęsi, znacznie mniej kaczek. Kury hodowano do produkcji jaj spożywczych, a po wyeksploatowaniu kury sprzeda­wano na mięso. Zarówno jaja jak i kury przeznaczone były przede wszystkim na sprzedaż i stanowiły źródło dochodów na bieżące drobne wydatki. Gęsi hodowano przede wszystkim do produkcji pierza na własny użytek i na sprzedaż. Podtuczone gęsi sprzedawano późną jesienią na mięso. Skupem gęsi zajmowali się najczęściej Żydzi, prowadzący tzw: skup obwoźny. Króliki stanowiły dodatkową, uboczną, mało kosztowną produkcję zwierzęcą w wielu gospodarstwach. Hodowla ta prze­znaczona była prawie wyłącznie dla własnych potrzeb. Skórki z królików również kupowali Żydzi.

Pszczelarstwo we wsi było raczej zajęciem amatorskim, traktowanym jako hobby, wynikającym częściej z zamiłowania do hodowli tych owadów, niż z przewidywanego zysku. Niektórym pszczelarzom, prowadzącym większe pasieki, pszczoły przynosiły jednak dodatkowy, liczący się dochód ze sprzedaży miodu.

Przy chowie zwierząt, bardzo ważną rolę w gospodarstwie odgrywała produkcja obornika. Stanowił on bowiem jedyny nawóz stosowany przez rolników do użyźniania gleby i miał zasadniczy wpływ na wysokość uzyskiwanych plonów. Produkcja obornika była więc tak samo ważna jak produkcja mleka. Nawozów mineralnych (sztucznych) we wsi nic stosowano.

Przeciętna wydajność niektórych rodzajów zbóż i roślin  na polach w Czyszkach  w roku  1820


 

Wysiew

Nazwa  potoczna pola

Gatunek zboża

Zbiory

Korcy

Garcy

Pszenica

Kopy

Snopy

 

 

 

 

10

30

Nad Klinym i nad Gomaszym

99

46

7

24

Na folwarku koło pasieki

66

9

22

 

Za wiatrakiem

198

 

6

8

Koło Doboszuwki

60

26

 

 

 

 

 

 

 

Żyto

 

 

 

 

 

 

16

24

Na folwarku od Czyżykowa

61

19

25

 

Pod wiatrakiem

151

15

17

20

Na plebani

114

16

8

 

Koło kaplicy św. Franciszka

50

46

10

 

Na Korczowaniu

49

44

2

14

Na Grzychowce

 

 

 

 

 

 

 

Owies

 

 

 

 

 

 

35

8

Na folwarku koncowym

94

30

10

 

Na Kopaniu

46

25

24

8

Na plebani

68

35

14

20

Pod Buczyna

68

30

4

8

Na Matyszowskim Slęgu

19

17

6

4

Na Słomianego na Wulce

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jęczmień

 

 

 

 

 

 

10

16

Na Plebani

64

30

8

24

Na folwarku koncowym

43

30

11

16

Nad Długą Łąką

259

50

26

8

Za Szopą

 

 

 

 

 

 

 

Groch

 

 

 

 

 

 

4

2

Od Winnik

31

59

 

 

 

 

 

 

 

Hreczka

 

 

 

 

 

 

7

 

Na Doboszycach

55

12

4

24

Na Klemensowie

23

3

27

 

Na polach od Winniczek

56

30

6

26

Na Niwie Kożuszczycki

 

 

 

 

 

 

 

Konopie

 

 

 

 

 

 

7

16

Na polach

120

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Kartofli

 

 

 

 

 

 

50

 

Na polach

500

 

 

Narzędzia i sprzęt rolniczy

 

Służące do uprawy roli oraz innych prac w gospodarstwie rolnym narzędzia i sprzęt nie były zbyt skomplikowane i zróżnicowane. Wielkiej mechanizacji w usprzętowieniu rolnictwa nie było. Do podstawowych narzędzi rolniczych należały: wóz konny, pług jednoskibowy i koleśnice dwukołowe, brony żelazne lub żelazno-drewniane, kultywator, gracka konna do pielenia ziemniaków i buraków, płużek konny, tzw. obsypnik do ogartywania ziemniaków, sieczkarnia ręczna,

młynek (wialnia) do czyszczenia zboża z plew, napędzany ręcznie. Niektóre, bogatsze gospodar­stwa  posiadały kieraty i młocarnie kieratowe, kilka gospodarstw posiadało młocarnie ręczne napędzane siłą mięśni 4-ch osób. Wymieniony wyżej sprzęt stanowił wyposażenie większych lub średnich gospodarstw, rzadziej gospodarstw małych. We wsi nie było kosiarek, żniwiarek ani grabarek konnych.  Do narzędzi znajdujących się prawie w każdym gospodarstwie należały: widły, grabie, kosy, sierpy, cepy, siekiery, rydle, szufle, motyki, grale (widły zakończone kulkami do przerzucania ziemniaków), a także międlice do mię­dlenia konopi lub lnu oraz tzw. tarlice i szczotki gwoździowe do czyszczenia włókna konopnego lub lnianego, kądziele, przęśnice (przęślice) i wrzeciona do ręcznego przędzenia nici z włókna (przędziwa) konopnego lub lnianego (kołowrotków do przędzenia nici we wsi nie było). Niewielu gospodarzy posiadała również żarna do mielenia zboża, zaś tylko nieliczni posiadali stepy nożne lub ręczne do robienia kasz.

Brak właściwej mechanizacji i usprzętowienia rolnictwa powodowały, że praca na wsi była bardzo ciężka, i trwała zwykle od świtu do nocy. Wszystkie prace wykonywano ręcznie. Wprawdzie takie prace jak siew (sadzenie), obróbka, koszenie i sprzęt zie­miopłodów nic były zbyt skomplikowane, ale wszystkie były pracochłonne i ciężkie.

Siew zbóż odbywał się ręcznie, z płachty. Ręcznie też sadzono ziemniaki za pługiem (pod. tzw. skibę, buraki, kukurydzę, itp. Sprzęt zbóż (ziemiopłodów) odbywał się wyłącznie ręcznie: zboże żęto sierpem (żyto obowiązkowo, gdyż słoma żytnia używana była do pokrywa­nia dachu) lub koszono kosą. Trawę na łąkach koszono kosą, zaś do suszenia, grabienia i składania siana używano wideł, grabi i rąk. Ziemniaki wykopy­wano przy pomocy zwykłego, jednoskibowego pługa, którym wyorywano rzędy ziemniaków, a następnie wybierano je rękami, najczęściej bez po­mocy motyki, gdyż tą można było wiele bulw uszkodzić. Buraki wyrywano ręcznie, a liście obcinano nożem dopiero po przywiezieniu buraków do gospodarstwa. Siano i snopy składano w stodole, a kto nie miał stodoły składał je w stogach.

Omłoty we wsi były bardzo rozciągnięte w czasie i trwały od chwili zakończenia żniw, często aż do miesiąca marca. Tak długie przetrzymywa­nie nie wymłóconych snopów w stodole lub w stogach było powodem dużych strat ziarna zniszczonego przez gryzonie. Większość rolników wszystko ze­brane zboże młóciło cepami i u nich to zwykle młocka przeciągała się aż do lutego-marca. Rolnicy korzystający przy omłetach z młocarni kończyli młockę wcześniej, w jesieni, przy czym młocarnią młócono najczęściej tylko pszenicę, owies i jęczmień. Nawet rolnicy posiadający własne młocarnie większość żyta młócili cepami, gdyż prosta żytnia słoma była potrzebna do krycia dachów (na strzechę) i na sieczkę. Zboże wymłócone młocarnią lub cepami było czyszczone z plew ręcznymi wialniami tzw. młynkami (młocarnie kieratowe i ręczne zboża nie czyściły).

Ciekawostką może być zaradność z jaka wystąpiła w Czyszkach za sprawą księdza. W Czyszkach nie było prądu, więc tutejszego kościoła ks. Kwaśniak wybudował maleńką elektrownię wiatrową, która dostarczała prąd na plebanię, zakupił też pierwszy elektrycznie napędzany trak i od tej pory, każdy kogo było na to stać, nie ciął już drewna ręcznie. Sensacją na miarę całej parafii była Pasterka 1937 r., która odbyła się przy świetle elektrycznym. Następnie elektryczność zainstalowano w domu organisty i budynku szkolnym. W czasie wojny z urządzeń wiatraka korzystali stacjonujący we wsi Niemcy, jednakże w okresach bezwietrznych bywał o nieprzydatny, z tego też względu ks. Kwaśniak uzyskał od Niemców pozwolenie na zakup agregatu prądotwórczego oraz przydział paliwa do jego napędzania. Ksiądz wymyślił też sposób na samoczynne włączanie się agregatu, gdy siła wiatru była niewielka, a gdy wzrastała agregat samoczynnie wyłączał się.

 

Żywność

 

Przechowywanie żywności. Ziarno zbóż przechowywano naj­częściej w budynku mieszkalnym — na strychu lub w komórce, przeważnie w workach konopnych, rzadziej w drewnianych pakach. Okopowe przecho­wywano w piwnicach, kopcach lub tzw. „ślepych jamach".

Konserwacja produktów żywnościowych

Pozwalająca na dłuższe przechowywanie ich oraz chronienie przed zniszczeniem, psuciem lub zbyt szybkim zużyciem, należała do jednej z ważniejszych czynności i umiejętno­ści mieszkańców wsi. Stosowano najprostsze metody konserwacji jak kwaszenie (kiszenie), suszenie, topienie (tłuszczu), solenie i wędzenie.

Metodą kwaszenia (kiszenia), znaną, i stosowaną również obecnie, konserwowano na zimę przede wszystkim kapustę i ogórki. Kapustę, do ki­szenia szatkowano i odpowiednio posoloną układano w beczce, najczęściej dębowej, mocno ubijając, a następnie przykrywano czystą ścierką lnianą, przekładano krążkiem drewnianym i obciążano kamieniem. Niekiedy dla

zapachu dodawano ziarna kminku lub kopru. Podobnie odbywało się kiszenie ogórków. Układano je w beczkach dębowych na przemian z przyprawami  (koper, czosnek, korzenie chrzanu), przykrywano pędami kopru, zalewano roztworem słonej wody, przykrywano płótnem, nakładano drewniany krążek i obciążano go kamieniem. Do ciekawszych metod konserwowania zaliczyć należy kwaszenie sera (twarogu). Kwaszenie sera odbywało się w okresie największej mleczności krów i miało na celu zmagazynowanie tego produktu na okres zimowy, kiedy to mleczność krów była najniższa lub zanikała zupełnie. Kwaszenie sera wykonywano podobnie jak kiszenie ogórków czy kapusty. Posolony ser układano warstwami w specjalnej, do tego celu zrobionej beczułce drewnianej (u dołu szersza, u góry nieco zwężona), a następnie mocno ubijano, a po wypełnieniu beczułki serem, przykrywano go czystą ścierką, przekładano drewnianym krążkiem i obciążano kamieniem. Ponieważ beczułka na ser miała zwykle pojemność kilkunastu kilogramów i nie można było zapełnić jej serem w ciągu jednego, dwóch dni, dlatego napełnianie takiej beczułki, serem trwało zwykle dłużej. Ser kwaszony używany był przede wszystkim w zimie jako dodatek do zup, klusek, itp. Suszenie stosowano jedynie przy utrwalaniu owoców takich jak śliwki, jabłka, gruszki. Susz z owoców używany był w zimie do robienia kompotów oraz jako dodatek do niektórych kasz, a także jedzony był w postaci naturalnej, jako susz, szczególnie przez dzieci. Do najczęściej stosowanych sposobów konserwacji mięsa i tłuszczu zwie­rzęcego zaliczyć należy topienie, solenie oraz solenie i wędzenie. Topienie tłuszczu wieprzowego na smalec było we wsi rzadko stosowaną metodą konserwacji, a jeśli już, to dotyczyło zwykle sadła, a prawie nigdy słoniny. Powodem tego było znacznie szybsze zużywanie smalcu niż słoniny czy sadła. Solenie stosowano zarówno przy konserwacji mięsa jak i tłuszczu. Przy konserwacji mięsa stosowano peklowanie na sucho i w zalewie. Peklowanie na sucho polegało na dobrym natarciu mięsa solą, a następnie na ścisłym układaniu go, na przemian z przyprawami, w naczyniu. Peklowanie w za­lewie było podobne. Mięso nacierano niezbyt mocno solą, układano ściśle w naczyniu, a następnie zalewano ostudzoną zalewą (przegotowana woda, sól, przyprawy). W obydwu sposobach peklowania mięso musiało być obciążone kamieniem, a co najmniej raz w tygodniu przewracane i ponownie zalewane płynem znajdującym się w naczyniu.

Sadło konserwowano najczęściej metodą suchego solenia. Sadło jest to tzw. błona (czyli tłuszcz wieprzowy odłożony na otrzewnej ściennej) uzu­pełniona o tłuszcz krezkowy. Tłuszcz błony i tłuszcz krezkowy solono bardzo silnie na sucho. Następnie sadło składano tłuszczem do środka a błoną (otrzewną ścienną) na zewnątrz i do tak złożonego wkładano do środka, między błony, tłuszcz krezkowy, po czym sadło (błony) zszywano razem silną nitką. W ten sposób otrzymano zamknięty „pojemnik" z tłuszczem w środku i błyszczącą błoną na zewnątrz, przypominający wyglądem okrągłą poduszkę. Następnie sadło bardzo silnie ściskano między dwoma deskami, które ściągano mocno sznurem lub drutem. Tak przygotowane sadło wieszano w ciemnym i chłodnym pomieszczeniu. Trwałość sadła była sto­sunkowo długa, czego niestety nie można powiedzieć o smaku i wartościach kulinarnych. Słoninę pokrojoną w szerokie pasy tzw. „połcie" silnie solono na sucho ze wszystkich stron i układano szczelnie w naczyniu, skórą do spodu i dodawano przypraw. Tak ułożoną słoninę przekładano denkiem i obciążano kamieniem. Tak konserwowana słonina mogła być przechowywana w chłodnym pomieszczeniu nawet do 8-9 miesięcy.

Wędzenie. Słoninę pokrojoną w szerokie pasy obsypywano ze wszyst­kich stron solą i układano szczelnie w naczyniu. Po około 2-ch dniach sło­ninę zalewano wystudzoną zalewą (woda przegotowana, sól, przyprawy), przykrywano denkiem i obciążano kamieniem. Co najmniej raz w tygodniu słoninę w naczyniu przewracano. Po około 2-ch tygodniach takiego solenia słoninę wyjmowano, oczyszczano, obmywano, a następnie wędzono przez kilka godzin w prymitywnie wykonanej wędzarni. Uwędzoną słoninę zawie­szano w chłodnym, ciemnym i przewiewnym miejscu, odpowiednio zabezpieczając je przed kurzem. Mięso do wędzenia przygotowywano w podobny sposób  musiało być dobrze nasolone aż do najgłębszych warstw i po przetrzymaniu w zalewie przez odpowiedni czas było poddawane wędzeniu.

 

 

Wspomnienia i życiorysy mieszkańców Czyszek

 

  Kazimierz Łamasz  obecnie mieszkaniec Walawy 

 

„Od wschodu Czyszki graniczyli z Czyżykowym. Od zachodu z miasteczkiem Winniki a od północy z Podberejsecami. Od południa z Mitrowicami. Wioska ciągnęła się od zachodu do wschodu okoł0o 7 km. Była to wioska jednorzędówka , domy byłu pobudowane w jednym rzędzie. Od południowej strony ciągnęła się droga nazywana „zagumnim” , nieutwardzona ona była około 3 km. Dopiero od Kępy Andrzeja do Winnik była utwardzona kamieniami . Od północnej strony wzdłuż wioski płynął sobie potok nazywany złotym potokiem . Wzdłuż potoku była ścieżka nazywana „poza rzeka” , była ona sobie dość szeroką, jak na ścieżkę tak że można było sobie jechać wozem ale ludzie po tej ścieżce wozami nie jeździli gdyż ona była dla pieszych idących do kościoła do Lwowa i dalej.
Rzeka była porośnięta olszynami i wierzbami które rzucały cień latem od południowej strony i nie było tak gorąco iść. Za ścieżką ciągnęły się ogrody na których gospodynie sadzały kapustę, ogórki oraz siały marchew i pietruszkę a wszystko się rodziło gdyż był to czarnoziem torfiasty. Za ogrodami ciągnęły się łąki aż do Podbereźce swą szerokością a ciągnęły się doliną aż do Rosji do miasta Złoczowa. Przez łąki płynęła rzeka Maruńka dzieląc łąki na część Ruską i Polską.
Pięknie łąki wyglądały wiosną , najpierw kwitły kaczeńce tak że wszędzie było żółto. Po kaczeńcach łąka kwitła biało, nazywano to u nas te kwiaty „kaszką”, później w czerwcu łąka kwitła na różowo, nazywaliśmy te kwiaty „smołą”, nie wiem dlaczego , tak się nazywali może mieli zapach smoły. Na łące było dużo gniazd ptasich, którzy swym śpiewem wieczorem i rano uwielbiali swego stwórcę. Wśród nich wyróżniali się derkaczy którzy pięknie dyrkali dyr-dyr-dyr. Od południowej strony za drogą za gumnim ciągnęły się zagony pól uprawnych czarnego jak pasta urodzajnego czarnoziemu, które były obsiane pszenicą, żytem, owsem i gryką. Bardzo się gryka na czarnoziemie rodziła, była tak duża jak owies druga była po pszenicy. Że się siało dużo gryki to i było dużo pasiek, które obfitowały w miód i ludziom było się słodko.
Ludność Czyszecka była czystą ludnością polską bez domieszki krwi ruskiej. Czyszanie ubierali się na czarno jak mężczyźni tak i kobiety. Ubiór mężczyzny składał się z czarnych spodni, czarnej marynarki, kamizelki i czarnych butów z długimi cholewami i czarnego kapelusza, uzupełnieniem ubioru była duża parasol.
Kobiety tez ubierali się na czarno w czarne kostiumy, czarne palta, czarne chusteczki w zielone kwiaty i białe chusteczki w czarne kropki . Chusteczki w czerwone róże czy inne kwiaty nie były uznawane. Na nogach nosiły półbuty bokse po czyszeckiemu nazywane mesztami lub trzewiki boksowe z długą cholewą sznurowane. Czyszeckie rodziny były dość liczne wielopokoleniowe. Najmniej rodzina liczyła sobie 7 osób. To jest trójka dzieci, rodzice i dziadkowie a tak przeważnie składała się z 5 lub 7 dzieci , rodziców i dziadków.
Ludzie utrzymywali się z rolnictwa które było bardzo rozdrobnione, tylko z nielicznych rodzin kobiety pracowały w Winnikach w fabryce tytoniu. W jakich zawodach pracowali czyszeccy ludzie, pierwszym zawodem było krawiectwo, drugi szewcy, murarzy, stolarzy i kowali. Inne zawody byli nieliczne , rzadkie.
Jak budowali domy robili drewniany szkielet domu, w ścianach byli powstawiane poziomo drewniane drabiny ze szczeblami, szczebli te nazywali się sztrychule i pomiędzy te sztrychule robili z żytniej prostej słomy i gliny wałki i je zaplatali a później narzucali glinę i wygładzali ściany na gładko i równo. Gdy ściany były gotowe robili dach i kryli słomą żytnią, robili kiczki ze słomy lub plaskacze którymi poszywali dach. Pod przykryciem kiczkami dachu nie potrzeba było pokrywać przez 50 lat a plaskaczami nie trza było poszywać przez 30 lat.
Pod takim przykryciem które nazywało się strzechą można było spać na sianie do grudnia . Gospodynie na takim strychu przechowywały cebulę przez całą zimę i cebula nie zmarzła. Natomiast latem pod takim dachem było czuć chłód można było sobie spać bo nie było gorąco.
W środku wioski na pagórku stał kościół i stara kamienna dzwonnica mająca wysokość ze 20 m na której wisiało trzy dzwony duży, średni i mały. Za dzwonnicą od strony południowej były aleje pięknych czerwono i białych róż wśród których stała nowa piętrowa plebania. Za plebanią biegła droga tak zwana za gumniem a za drogą był cmentarz obsadzony świerkami. Nieco dalej trochę niżej było stare probostwo kryte gontami a dalej zabudowania gospodarcze z dużym wiatrakiem o wysokości 50 m. Był on używany do prac gospodarczych i do oświetlenia kościoła, plebani i zabudowań gospodarczych. Wiatrakiem mielono zborze, rznięto drzewo i sieczkę. Za kościołem od strony wschodniej stała stara organistówka a za nią nowa piętrowa szkoła do której i ja chodziłem się uczyć. W Czyszkach było trzech księży Franciszkanów. Proboszczem był ks. Aureli a wikariuszami ks. Kwaśniak i ks.Celestyn. Obsługiwali oni trzy kościoły w Czyszkach, Głuchowicach i Czyżykowie. Do Czyszeckiej parafii należeli następujące wioski Winniczki, Dmitrowice, Głuchowice i Czyżyków.
Franciszkani mieli w Czyszkach dwa majątki ziemskie od strony Czyżykowa był folwark a od strony zachodniej od Winnik był dwór.
W 1945 roku 26 października wywieźli nas moskali na stację do Siechowa a z tamtąd drogą kolejową do Polski gdyż w Czyszkach na mojego ojca gospodarstwie ruski zrobili sobie kołchoz. Ojciec był w wojsku i napisał matce żeby daleko na zachód nie jechała gdyż na wiosnę 1945 r.  z powrotem wrócimy do Czyszek jednak tak to się nie stało.”

Uzupełnieniem przedstawionych wspomnień jest relacja którą spisałem będąc gościem Państwa Antoniny i Kazimierza Łamaszów w Walawie w sierpniu 2005 r. Słuchałem Jego słów ze wzruszeniem albowiem była to gwara lwowska jedyna w swoim rodzaju, dźwięczna, miła i miękka, sama w sobie oddawała szacunek tym o których się mówi.
„W szkole uczyli nauczycieli : pani Łoś uczyła polskiego i rachunków, pani Łapkowa z Winnik, pani Kazimiera Łamasz, pan Trusch był kierownikiem szkoły i pani Ada której dzieci dokuczały recytując wierszyk ale go nie pamiętam. Rodzice moi robili zeszyty z papieru pergaminowego który przywoziła ze Lwowa Franciszka Huk z domu Tas mojej mamy siostra. Papier był liniowany przez moja mamę. Była taka gazetka „Ster” podobna do powojennego „Świerszczyka” z której się uczułem czytać. Gazetkę tę otrzymywałem od pani Karoliny Łoś naszej nauczycielki i pamiętam wierszyk z tej gazetki który uczył mnie mój dziadek w ogrodzie pod domem.


„Tam za łąką, tam za wodą
Stare wierzby gwarę wiodą,
Wiodą gwarę i rozmowę,
O niedzieli o kwietniowej,
A w niedzielę tę kwietniowa,
Gdy się lud zbierze w kościele
Cały las wyrośnie palem
Tak jak niegdyś w Jeruzalem”

Pamiętam nasze dziecięce zabawy. Było to strzelanie z łuku, strzelanie z procy do wróbli. Naszymi sąsiadami byli: Szywała Józef syn Jana, Pałka Franciszka która miała synów Kazimierza, Henryka i Mieczysława który był w partyzantce i miał pseudonim „Lis”.
Uprawiano w Czyszkach pszenicę, żyto lecz z uwagi na słomę którą kryto dachy domów i budynków gospodarskich, owies, ziemniaki, buraki, marchew, pietruszkę, kapustę z własnych nasion, konopie. Lnu nie siano z uwagi na dobrą ziemię i len wyrastał z bocznymi odgałęzieniami które nie nadawały się na włókno .Ziemia była bardzo dobra torfiasta i dobrze rodziła. Każde gospodarstwo posiadało przynajmniej jednego konia a inne zwierzęta to krowy czarno-białe holenderskie, świnie, kury, kaczki, indyki, gęsi. Owiec nie było. My mieliśmy dom bity z gliny, stodołę 45 mb, budynek gospodarczy, stajnie, wozownię, drewutnię i piekarnię. Pod budynkiem gospodarczym była kamienna piwnica a strop był wykładany cegłą. W tamtych czasach młócono również cepami, najczęściej w zimie bo pszenica puszczała dobrze przy mrozie. Były tez kieraty które napędzały sieczkarnię, cyrkularkę /piłę/,młockarnię, młynek do plew /wialnię/,. Zboże skupował żyd Szlomka a za pszenicę i reczkę płacił 18 – 21 zł za 100 kg .W roku 1945 ruskie dali nam do wyboru, zostajemy w Czyszkach ale musimy przyjąć obywatelstwo rosyjskie lub zapisać się na wyjazd do Polski. Rejestracja była w gminie w Czyszkach w kwietniu i maju 1945 r. Z tego co pamiętam nikt z czyszeckich ludzi nie został. Wszyscy byli Polakami od wieków i w Polsce chcieli żyć bo był to lud patriotyczny. Wyjechaliśmy z Czyszek 26.10.1945 r. w św. Matki Bożej Różańcowej. Wyjechali matka, ja Kazimierz, siostra Maria i Helena, dwóch dwuletnich braci bliźniaków Stanisław i Antoni. Ojciec był w wojsku Polskim 0d 1944 r. Został przymusowo wzięty do wojska. Miał się zgłosić do gminy i od razu otoczony kordonem wojska rosyjskiego wywieziony do Winnik na „Wojenkomat” /RKU/ i następnie do Lwowa. Rosjanie wywieźli nas samochodami do Sichowa na stację kolejową. Tam czekaliśmy u pani Paździorowej. Na wyjazd czekaliśmy trzy tygodnie. Jechaliśmy trzecia turą przez tydzień z Sichowa do Radymna wagonami 24 /24 tonowymi/ odkrytymi. Jechało nas 14 rodzin: Szywały, Pałki, Franciszek mój wujek, Bałtry, moja ciocia od strony Taty, Łamasze wujek, Chołuby. Było to kilka wagonów z ludźmi, bydłem, końmi i tym co każdy zdołał zabrać. Z Radymna przez Święte dotarliśmy do Sośnicy gdzie byli już Bartosiewicze z innymi którzy przyjechali 2 turą. W sośnicy mój ojciec Walenty który został zdemobilizowany z wojska i był w mundurze , zajął dom po ukraińcu. 5 maja 1946 roku Sośnica zostaje spalona przez bandy UPA i wyjeżdżamy do górnych koszar po wojsku polskim w Radymnie gdzie byliśmy około 3 tygodni i wróciliśmy z powrotem do Sośnicy jak już część pożarów wygasła.

 ***************************

 

Zofia Chrąchol z d/Chwasta - fragment wspomnien

„ To miasto Lwów moje ukochane miasto otoczone lasami tonęło w zieleni. Wydaje się że nie masz tak pięknych ulic, parków takiego zgiełku na rynku. Ludzie byli życzliwi sobie. To miasto roztańczony, rozśpiewany , u wszystkich uśmiech na twarzy. Tam mogłeś sprzedać wszystko i kupić tesz . Czas płynął jak strumyk a nawet on szemrał. Na ulicach bardzo często widziało się bryczki jak cwałowały koniki i im też było wesoło. Było lotnisko gdzie można było z wycieczką zwiedzić lub pojeździć samolotem. Lotnisko to Sknitów. Można by było dużo opisywać wrażeń co się przeżyło i jak się do czasu tam żyło. Do Lwowa chodziliśmy przez małe ale tesz piękne małe miasteczko . Można było z Winnik jeździć do Lwowa autobusem lub pociągiem. W Winnikach była bardzo duża fabryka tytoniu gdzie się paczkowało i robiło papierosy. Bardzo dużo tam pracowało przeważnie kobiet. Fabryka była na pięknym wzgórzu , duża otoczona alejami kasztanów i lip. Można było dojść ulica gdzie po drodze można było kupić owoce, warzywa, mięso. Były małe sklepiki ale było wszystko. Po drugiej stronie fabryki można było tesz przejść, tam były schody a onych było ponad sto takie wąskie a po bokach były małe wilje i przepiękne ogrody, taki był piękny urok tego miasteczka a na wzgórzu domy porozrzucane kolorowe. Najwięcej żydzi prowadzili interesy. Budki przy budkach i sklepy gdzie sami zapraszali do sklepów , dawali burg tak to się nazywało ale ze sklepu bez niczego nie wypuścili. Ach jakie były w tych „jatkach” , tak się nazywały małe budki gdzie było można było kupić mięso i wędliny. Jak żyd ukroił szynki dwa plastry proszę sobie wyobrazić – pół kilo co to była za szynka pachnąca, smaczna do dziś czuje jej smak. Z Winnik do Lwowa jeździł pociąg. Kilka razy jeździłam z tatusiem do Lwowa pociągiem bo ojca siostra mieszkała we Lwowie. To było przepiękne jak ten pociąg snuł się między wzgórzami, lasem tak dołem a po bokach na pagórkach las. Możecie sobie wyobrazić jaki urok miała taka wycieczka pociągiem. Winniki takie było trochę żydowskie miasteczko ale miało swój urok. Z góry z Winnik był piękny widok na Czyszki na piękną czysto polską wioskę ciągnęła się od Winnik 12 km . Środkiem wioski płynęła rzeczka nieduża ale całą wioskę przepływała. Po bokach rzeki rosły wierzby i olchy. Wioska dzieliła się na trzy części. Od Winnik była górna w środku wioski było miasteczko i tam dalej był dół. Wioska duża bogata, gmina zbiorowa, szkoła 7 klasowa a przede wszystkim mieliśmy piękny kościół do którego należały Winniczki i Wólki. Kościół piękny, duży na dość wysokim wzniesieniu gdzie otaczały go z jednej sosny a z drugiej lipy. Przy kościele była kapliczka i ambona bo gdy były lata upalne msze św. były odprawiane na dworze. Do kościoła wchodziło się po schodach a było aż 18. Gdybym tak mogła namalować zobaczylibyście co znaczy piękno tego krajobrazu. Dookoła rzędami rósł bez różnego gatunku i koloru. Owijał wzgórze przepiękny jaśmin i kalina a dołem rosły róże. W pośrodku tego wzgórza była piękna postać Matki Boskiej na 1 ½ metrowym przepięknie rzeźbionym postumencie. Witała nas postać Matki Najświętszej wykuta w kamieniu i błogosławiła swojemu ludowi. Rosły tam piękne kwiaty, jedne przekwitały drugie rozkwitały. Dołem płynęła rzeka z jednej strony i łączyła się z rzeka Maruńką co całą wieś przepływała i tam był właśnie duży most, dużo było placu gdzie zjeżdżały się wesela i tam czekały na ślub. No muszę opisać jaka była duża 2 piętrowa plebania. Ogrody, koleby z kwiatami gdzie było 50 róż przy każdej palik a na paliku duże kolorowe bombki. Chociaż w zimie nie było kwiatu róż to był kwiat bombek . Wyobraźcie sobie biały śnieg a na nim piękny kobierzec tych różanych bombek. Był też ogród którego chodniczek prowadził księży do kościoła a po obu stronach róże rosły, nie wiem dokładnie ale może ze sta. Róże były piękne , aleja cudna prowadziła do kościoła. A wiedzieć trzeba o tym że to były róże które zbieraliśmy pełne koszy płatków i odwozili do Lwowa do ks. Franciszkanów tam robili konfitury, którymi nadziewali pączki. Jeszcze opiszę jak to się odbywało później. Byli bogaci ks. Franciszkani, był duży majątek. $ pary koni, 18 krów, cieląt, byczków dużo obsługi kur, kaczek, gęsi i indyków masa. Oni utrzymywali księży Franciszkanów we Lwowie. Mieliśmy sześciu księży . Jegomość taki brat zakonny on prowadził i zarządzał tym majątkiem, był duży i piękny sad a jaki jabłka dobre i piękne. Ksiądz zbudował wiatrak duży i mieliśmy oświetlenie w kościele elektryczne. Mogłabym wiele opisywać jak tam było pięknie i bogato ale przecież mieliśmy dużą szkołę 7 klasową. Tesz była na takim wzniesieniu, chodziliśmy wysoko ale za to w zimą z górki na teczkach zjeżdżaliśmy. Naprzeciw kościoła była gmina zbiorowa. Duża sala gdzie odbywały się zabawy i przedstawienia. Była duża scena , sala duża 8 okien. 3 duże sklepy obok a jeszcze we wiosce 2 sklepy z materiałami i z takimi potrzebnymi dla ludzi rzeczy. Był mały sklepik koło szkoły, ganiałyśmy tam za cukierkami na przerwie. Było bardzo dobrze , wesoło czas szybko mijał. Po jednej stronie ciągnęły się łąki ach tak były piękne kobierce tych kwiatów na łąkach to jak w baśni, tutaj nie ma ich, szkoda tego marzenia nie do zapomnienia. Po drugiej stronie wioski a był to już teren górzysty bo łąki byli niskie jak wstążeczka kolorowa, która się pasmem toczy 12 km a rzeczka szumiała wdzięczna całą wieś. Pola się ciągnęły po drugiej stronie wioski. Środkiem wioski stały domy piękne i stare i nowe. Zbudowaną mieliśmy zlewnię na mleko – mleczarnię i tam odnosiliśmy mleko . Było wszystko jak trzeba tylko żyć i pracować. Czy wiecie jaki piękny jest krajobraz , pola różnymi pasami się zieleniły, złocisty to coś pięknego, pismo opisać nie potrafi co serce czuje a marzy i widzi jak na śnie to swoje ukochane gniazdko z którego pozostało wyrzucone jak to ptaszę a oczy widzą i serce czuje. To są piękne wspomnienia , marzenia przeszłych dni. No cóż mogłabym opisać, przekazać myśli swoje , pragnienia, uczucia, przeżycia dobre co się skończyły i złe się zaczęło. Tu muszę opisać gdy miałam 3 latka rodzina ojca się powiększyła, ojciec musiał szukać gdzie swoja rodzinkę ulokować. Byliśmy na stancji tak się tesz mówiło zamieszkaliśmy u takiej ciotki. Ona była stara panną pracowała w fabryce tytoniu . Była dla nas bardzo dobra , słodyczy nam nigdy nie brakowało. Bardzo dobrze się nam tam mieszkało. Lubiła Władzia i mię , tesz miała piękny dom duży z werandą, dużym gankiem i sadem był duży ogród. Rodzice jej pomagali i było wesoło. Mama chodziła pomagać na plebanię, ojciec tesz. Brat cały czas przebywał u dziedzica, był kochany porozmawiał, pouczył kupił cukiereczki, bułeczkę z kiełbaską. Ja bardzo lubiłam mięsko a Władziu ciuciu to znaczy cukiereczki i scyzoryk , wiecznie strugał jak mały chłopczyk a coś zawsze rzeźbił. On miał 5 lat a ja 3-ci rok. Mama chodziła do księży pracować na obiad przychodziła i gotowała. W sąsiedztwie byli bardzo dobrzy ludzie, dziadek i syn szyli i córka Marysia a miała 25 lat. Gdy babcia szła doić krowy na południe to ja miałam swoją szklaneczkę i leciałam do stajni a babcia podmuchała i całą szklankę wypijałam ciepłego mleka , a gdy zapomniało mi się to wołała „choć kotku bo stygnie mleczko”. Byli bardzo dobrzy ludzie. Do nich przechodziło się przez most, dołem płynęła rzeka. Miałam zakazane przez ojca nie chodzić do rzeki. Ale czy wiecie ile radości było usiąść na kładce a woda muskała nóżki. Na ławce Marysia coś wykańczała, szyła i mię pilnowała, ojciec gdy mię zobaczył chciał mnie zbić a ona nie dała mnie uderzyć, bo ją zawsze pilnuję , ona tylko przymnie jest we wodzie, czasem jesteśmy nawet godzinę, ja odpoczywam i siedzę razem z nią. Trudno mama w pracy tata tesz a my na łasce Bożej. Dziadziuś mój był bardzo dobrym krawcem tesz miał 3 czeladników którzy się uczyli szycia. A ja miałam igiełkę i szyłam u Marysi dla lalek sukieneczki . Bardzo lubiłam gdy było w pokoju czysto, zamiatałam i zbierałam skrawki to było moje ulubione zajęcie. Raz patrzę się idzie ksiądz tak przez sad przed płot bo oni byli sąsiadami z księdzem, ja szybko pochwalili księdza proboszcza a ksiądz pyta a czyjesz to macie dziecko. Dziadziu Bartosiewicz tak się nazywali mówi księży proboszczu to przecież nasza Zosia , ona bardzo lubi tu być u nas , to jest Kasi córeczka co u was pracuje. Dlaczego nic nam nie mówi, przecież u nas dużo miejsca i może ja przyprowadzić. Wziął mnie ksiądz za rękę i mówi choć do mamy, ja nie mogę bo ja tu tesz pracuję . Było dużo śmiechu a mama by mnie zbiła że jej przeszkadzam. Jakaś była tam z księdzem rozmowa nie było krzyku w domu, na drugi dzień mama zabrała mię ze sobą , to było bardzo bliziutko, mleka nie chciałam tam pić bo ja musze do babci, tam mam swoja szklaneczkę, musiałam tam iść. Widzi ksiądz co postanowi to zrobi. Brat się cieszył że go ominęło pilnowanie mnie a ja byłam potem zadowolona , czasami tesz tam spałam bo tam było dwie gosposie Karolka i pokojówka Hania. Bardzo mnie lubiły więc im tam w kuchni pomagałam tak po prostu przeszkadzałam. Ksiądz proboszcz kazał mi uszyć dwa fartuszki na zmianę ładna sukieneczkę. Ale mówił Zosia ty musisz to odpracować. Byłam bardzo ucieszona że dostane pracę a mamusia będzie mieć duże pieniądze. Byłam ciekawa co to za praca będzie. Na drugi dzień Hania nakryła stół takim zielonym materiałem i wysypała pieniędzy, przyprowadził mnie ksiądz i mówi tak będziesz układać pieniążki bo jeszcze liczyć nie umiesz. Układałam, mierzyłam i takie ładne kupki mi wychodziły czasem 3 dni mi schodziło. Gdy szłam wieczorem do domu ksiądz proboszcz odbierał pracę i dostawałam na cukierki. Nadchodziły święta Boże Narodzenie to takie święta rodzinne. Zjeżdżały się ciotki ze Lwowa z Wólki, kolacja była wspólna u dziadziusia . Na święta mama szykowała z tatem przyjęcie, było bardzo uroczyście. Wujek ze Lwowa Winnicki był kierownikiem rzeźni dużej na cały Lwów. Bardzo dobrze się im powodziło, był szanowany i lubiany. Spiżarnia u nich była jak duży sklep, niczego im nie brakowało ale u nas kiełbasą się zajadał tak i ciocia z Wólki, wszyscy chwalili ojca wyroby a tesz kuchnię mamusi, kołacz i chleb nie było słów jaki był wspaniały. Mama co trochę piekła chleb i ojciec z Władziem zanosili. Tak się balowali tydzień do nowego roku. Na Boże Narodzenie wszyscy zasiedli do stołu a wujek ze Lwowa usiądzie sobie wygodnie , musimy co uradzić, zatwierdzić ale czekali jeszcze na dziadziusia . Przyszedł wreszcie a babcia nie.  ........................................................"


 

                                                      Jadwiga Łamasz – Brzezińska   /fragment wspomnień/

                                       „Moje wspomnienia”              

Urodziłam się 30.01.1925 r. w Czyszkach na III-ej Wólce, dzieciństwo moje przebiegało beztrosko i wesoło. W 1931 r. poszłam do szkoły, w III klasie wstąpiłam do harcerstwa. W szkole nie miałam żadnych trudności, pamięć miałam dobrą lubiłam bardzo wiersze. Po ukończeniu VI klasy wstąpiłam do Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży Żeńskiej  skrót KSMŻ, które siedzibę miało Czyszkach przy kościele w starej plebanii, tam odbywały się zebrania.. Gmina oddała swoją bibliotekę pod kuratelę na probostwo Księgozbiór był duży, o  różnej  tematyce  przygodowej, historycznej, która mnie najbardziej odpowiadała wypożyczałam  książki  jak  przed  laty  moje  starsze rodzeństwo.  Ksiądz przekonał mojego ojca żeby mnie posłał dalej do szkół, więc ojciec posłał mnie prywatnie na korepetycje przygotowujące do egzaminów do gimnazjum. Uczyła mnie Stefania Kos, która kończyła gimnazjum im. Królowej Jadwigi. Po przygotowaniach zdałam do wymarzonego  Państwowego Żeńskiego Gimnazjum im. Królowej Jadwigi, które mieściło się przy ul. Potockiego  nr.35. Niestety oprócz mundurka z niebieskimi wypustkami, tarczą i całym ekwipunkiem gimnazjalistką nie zostałam. 1 Września 1939 r. wybuchła wojna i moje marzenia przepadły. W nagrodę za zdanie, mama z ciocią Marysią zabrały mnie do Teatru Wielkiego  na spektakl “Strasznego Dworu” to było niezapomniane przeżycie dla nastolatki. Wystrój, kolory, malowidła to się nie da opisać, to trzeba zobaczyć!  Do Teatru Wielkiego szło się, nie tylko na spektakl ale, żeby obejrzeć słynną kurtynę, która tylko z racji swej funkcji nią była, bo tak naprawdę było to arcydzieło, które dla teatru namalował  Henryk Siemiracki. Za czasów pierwszej okupacji sowieckiej uczyłam się gobeliniarstwa, robót na drutach i szydełku  u pani  Kosowej w Winnikach, co bardzo przydało mnie się w dalszym życiu. Od 1941 r.  uczęszczałam do  Szkoły Handlowej  we Lwowie , która mieściła się najpierw przy ul. Kurkowej, a następnie została przeniesiona do domu Staszica na ul. Skarbkowskiej, następnie do Uniwersytetu Kazimierzowskiego. Część Profesorów, wykładowców było z wyższych uczelni, książek nie było. Trzeba było z wszystkich wykładów robić notatki. Zimą sale nie były opalane  pisałyśmy  w  rękawiczkach. Ukończyłam dwie klasy.  Cały czas mieszkałam u cioci Marysi Pusz przy ul. Leśnej 14.  Syn  cioci  Czesiek  też chodził do handlówki  było nam lżej, razem uczyliśmy się.    W szkole zostałam wciągnięta do pracy w konspiracji przez profesora  Stankiewicza . W 1942 r . do ZWZ a następnie do AK.  Na początku  roznosiłam prasę konspiracyjną, biuletyn „Ziemi Czerwińskiej”, „Wierni Polsce,” „Konfederacja  Ziemi Kresowej”. W 1943 r. „Słowo Polskie” i „Żołnierz Kresowy”. Prasę odbierałam na oznaczonych punktach i roznosiłam  pod z góry  oznaczone miejsca. Z czasem krąg się rozszerzał  i zaczęłam nosić do Czyszek  i  Winniczek. W Czyszkach  punktem kontaktowym  była biblioteka na plebanii u Ks. Kwaśniaka, który został naszym kapelanem. Tam oddawałam prasę, a łączniczki z Czyszek górnych, miasteczka, Czyszek  dolnych i Winniczek odbierały ode mnie, lub od ks. Kwaśniaka. Z Winniczek  odbierała nasza sanitariuszka Zofia Bednarz i przekazywała do Ganczar. Wuj Józef Pusz  też  należał do organizacji pracował w Rzeźni na Zamarstynowie, jako dyrektor administracyjny. Dzięki  niemu dostawałyśmy;  podroby takie jak: serca, nerki, wątroby, i flaki. Raz w tygodniu jeździłam do rzeźni i przywoziłam podroby, a następnie rozwoziłam je po mieście pod wskazane adresy. Była to pomoc dla żon oficerów i uwięzionych.

 W czasie okupacji Niemieckiej, w  budynku Gimnazjum Królowej Jadwigi mieścił  się Instytut Wajglowski i wiele panienek zamiast do szkół chodziło tam karmić wszy. Karmicielki  chroniły specjalne przepustki, Mogły nawet nocą po godzinie policyjnej poruszać się po mieście. Spory odsetek  produkcji szczepionek  trafiał do AK i całego Lwowskiego podziemia.  Profesor  Wajgel uratował  setki jeśli nie tysiące  mieszkańców Lwowa, i okolic, bo tyfus plamisty  szalał. Z obozu na  Janowskim rozpuścili chorych na tyfus jeńców rosyjskich, a ci chorzy i głodni chodzili po domach prosili o strawę, nocleg i tak się tyfus rozszerzał. Na III Wólce i w Czyszkach też były wypadki śmiertelnych zachorowań. W szkole w Czyszkach założyli szpital, zwozili chorych z całej  okolicy. Ogłosili  kwarantannę i nikomu nie było wolno wyjeżdżać ani przyjeżdżać. Groziło to karą śmierci.

Był to koniec roku 1942 i początek  1943 r.  Ja w tym czasie mieszkałam we Lwowie, dostałam rozkaz dostarczenia  szczepionek do szpitala w Czyszkach. Otrzymałam  lewe  papiery  i  przepustkę, że jestem  karmicielką  wszy.  Ścieżką  przez las  dotarłam na III  Wólkę  do  domu , a potem do  Czyszek na  plebanię  oddając Ks. Kwaśniakowi  przesyłkę . On oddał ją personelowi  lekarskiemu, w  tajemnicy  przed  Niemcami,  ponieważ  chodził  do umierających jako ksiądz. A ja tą samą drogą wróciłam do Lwowa.

  

Skończyła się wolność. Nowy etap: Więzienie i Łagry. 

                             

      Obudził mnie  trzask wyłamanych drzwi  wyjściowych. Cała zgraja wpadła do domu z automatami gotowymi do strzału. Dom był otoczony przez  NKWD .  Ja    zdjęłam zegarek  i schowałam za biustonosz, niewiele to dało po rewizji osobistej jak zobaczyli zegarek to pierwszy  raz w życiu   dostałam w twarz . Oni znali te zegarki, które były ze zrzutów przeznaczone  dla obsługi  radiostacji i miały kompasy. Dom był ze wszystkich stron otoczony przez NKWD. Janek  z chłopcami , którzy byli na straży z dążyli  uciec   zostawiając karabiny w zbożu. Jak  przynieśli karabin Janka  powiedziałam, ze to mój.  Znałam nr. zamka,  myślałam że Janek  uciekł to może się uratuje. A mnie  zabrali pistolet i zegarek  to i tak mnie aresztują.  Zaczęła się rewizja w domu  i poszukiwanie  radiostacji.  Mnie, “Irysa” i “Adama” rozdzielono a dom  przedstawiał obraz nędzy i rozpaczy. “Irysa” zamknęli w warsztacie i tam się zaczęły tortury, jak zemdlał oblewano go wodą i tak na zmianę. Przewrócili  wszystką słomę  w stodole i siano,  przekopali  ogródek, byli wciekli , maszt od anteny stał, akumulatory  też, a radiostacji niema i choć nas bito, nikt się nie przyznał.  Po południu odwieźli nas  do wiezienia .  Na podwórzu pożegnałam się z ojcem całując go w obydwie ręce a on zrobił  nade mną  znak krzyża, ucałował mnie w czoło i pobłogosławił  mówiąc wierzę że wrócisz i że dasz sobie radę , ale ja ciebie już nie zobaczę ,mama dożyje ale ja nie. Przytulił  mnie do siebie  i tak  widzieliśmy  się po raz ostatni . Jak wyjeżdżaliśmy z naszej posesji zobaczyłam przed domem Reginy jej małego synka Zbysia, poprosiłam  żeby pozwolili  mnie się pożegnać. Byłam zapłakana a dziecko starało się mnie pocieszyć . Ja go całowałam przez łzy , a on mówi Wika  nie płacz oni ciebie puszczą. Odwieźli nas do Lwowa , do więzienia na Łąckiego. Nazwa Łąckiego - przez trzysta lat z okładem,  kojarzyła się lwowianom z Owrężami. Eljasz Łącki był komendantem Lwowa za czasów hetmana Sobieskiego. Aż nastąpił 1939 rok i brzmienie nazwiska Łąckiego stało się synonimem grozy . Do dawnego budynku VI Komisariatu policji wprowadziło się  NKWD . Zabrało się do wyłapywania wrogów ludu , których tu więziono . Tu właśnie  siedział  gen.Władysław  Anders , prezydent miasta  Stanisław Ostrowski,  Stanisław Grabski . Był to ich pierwszy przystanek w drodze na Łubiankę i do łagrów Stalinowskich. 29  czerwca 1941 r.  uciekając w popłochu przed zbliżającymi się do miasta Niemcami NKWD wymordowało bestialsko  wszystkich  więźniów, częściowo zakopując ciała na dziedzińcu więzienia, resztę zostawiając  po celach straszliwie pokłutych bagnetami. Była zakonnica ukrzyżowana, a do jej łona  włożyli niemowlę. Trupy walały się po budynku na schodach i po korytarzach, straszna zgroza. Nazajutrz setki  mieszkańców Lwowa  w tej liczbie i mój brat Czesław Łamasz  oglądali  to dzieło wielkiego Stalina.

 

 

 

 

 

 

 

 

                                             Gmach byłego więzienia przy ul. Łąckiego

Swoje ponure dzieje  nie  zakończono na dniu 29 czerwca 1941 r. Dalszy ciąg  zapisali oprawcy w mundurach gestapo torturując tu i mordują tysiące Polaków, Żydów, Ukraińców.

Tu m. in. przeżył, swoje ostatnie chwile prof. Kazimierz Bartel trzykrotny premier Rzeczy Pospolitej, którego  zwłoki potem odnaleziono na piaskach. Teraz przywieziono mnie do tego strasznego   więzienia  o tak ponurej przeszłości.  Widziałam te wszystkie obrazy  oczyma mojej duszy, to mnie przerażało.  Wprowadzono  mnie   do bloku   B w  podwórzu , na drugie piętro ostatnia cela po  prawej stronie. To miało być moje mieszkanie na najbliższe trzy miesiące. Miałam  zapoznać się z jego gościnnością. Cela była nie duża, cztery i pół metra  na dwa i pół metra .Naprzeciw drzwi  w górze było okienko obite deskami, w kącie przy drzwiach była umywalka, a obok klozet i deska z kołkami służącymi za wieszaki.   W drzwiach zamontowany był judasz przez, który byliśmy obserwowani przez strażników pełniących wartę. W celi było cztery osoby dwie Polki i dwie Ukrainki pierwsza to Lena Orjon żona oficera , którego  wywieziono  w 1940 r.  Przystojna, zadbana jakby dopiero weszła z ulicy, siedziała  pod  oknem na złożonej podwójnie kołdrze . Jak była wzywana na śledztwo ubierała kostium buciki na słupku dbała o swój wygląd. Zastanawiało mnie to , jak  weszłam do celi to ona  zawołała …     ”o to już ostatnia radiostacja”. Postanowiłam z nikim nie rozmawiać. Druga to Halina nazwiska nie pamiętam była też małomówna. Z Ukrainkami też nie nawiązywałam kontaktu. Piąte miejsce  przypadło mnie. Było takie prawo niepisane, że zajmowano miejsca po kolei, jak kto przychodził. Po kilku dniach  wprowadzono  Wandę Chwastoską. Wiedziałam, że ona pracowała w sztabie. Od niej dowiedziałam się o dalszych aresztowaniach. Po aresztowaniu “Irysa” poszli do jego domu zastali żonę, jego łączniczkę . Aresztowali ją i wypuścili na wabika i tak wpadła Wanda i dowódca Juljan Wiktor i inni . Po  dwóch dniach  po Wandzi  przyprowadzono Zofię Kozikowską  o pięknych  blond  włosach  o bardzo wesołym  usposobieniu. Była zmaltretowana. Góra sukienki rozerwana  włosy w nieładzie, a były piękne, gęste mogła okryć nimi swoje ciało. My troje nie miałyśmy żadnych rzeczy . Siedziałyśmy i spały na gołej  posadce w kolejności jak przyszłyśmy do celi. Ja miałam jedynie mały ręcznik i przybory toaletowe w małej kosmetyczce, którą sama  sobie uszyłam, jak szłam do partyzantki  teraz też się przydała. W szwie kosmetyczki była maleńka igła  to dla nas był wielki skarb. W celach rozmawiać można było tylko szeptem nie rozmawiałyśmy i tak dnie wlokły się. Nie pozwalano leżeć, a tym bardziej spać, co było bardzo wyczerpujące po całonocnym śledztwie. Wszystkich nakazów i zakazów pilnował strażnik. Służbę pełnił na korytarzu podsłuchując pod drzwiami i zaglądając przez judasza. Na każdy żywszy odruch reagował krzykiem lub stukając do drzwi. Żarówka umieszczona nad drzwiami niczym nie osłonięta, oślepiała wzrok jaskrawym światłem, przez całą noc.

Twarze musiałyśmy mieć odwrócone w stronę drzwi, ponieważ wartownik musiał widzieć  nasze  twarze. Budynek w podwórzu przeznaczony był na cele. Panowała obowiązkowa cisza, przerywana ciężkimi krokami żołnierskich butów, towarzyszyło im lżejsze stąpanie więźnia, prowadzonego na śledztwo. Każdy ruch na korytarzu wywoływał niepokój i lęk .Liczyło się kroki  strażnika . Po tym wiedzieliśmy którą celę mija. Wraz ze zgrzytem otwieranych drzwi wzmagał  się niepokój, serce podchodziło do gardła. Konwojent wymawiał pierwszą literę nazwiska i trzeba było wstać i zgłosić się, na  przykład w moim przypadku  na   literę Ł zgłaszałam się mówiąc - Łamasz  Jadwiga córka Kazimierza. Nazwisko się zgadzało to formuła brzmiała - …“A nu zabierajsja z wieszczami”czyli wychodź z rzeczami. Nigdy nie informowano dokąd cię zabierają. Idąc na przesłuchanie lub z niego wracając więzień musiał się zatrzymać przed każdym zakrętem i stać odwrócony twarzą do ściany, aż strażnik sprawdził czy droga jest wolna. Nie dopuszczano do spotkania się więźniów. Ręce należało trzymać założone  z tyłu nie wolno było się rozglądać.  Przesłuchania były przeprowadzone we  frontowym  głównym gmachu, w godzinach nocnych i nieraz trwały aż do godzin rannych. Panował tam duży ruch, trzaskanie drzwiami, przekleństwa, wrzaski mieszały się tam  z rozpaczliwym krzykiem bitych więźniów. Moje  początkowe przesłuchania były okropne, bito mnie nazywając zdrajcą ojczyzny, a ja odpowiadałam, że jestem Polką i swojej ojczyzny nie zdradzę bo nadal obowiązuje mnie przysięga. To doprowadzało ich do furii, więc dostawałam dodatkowe baty. Bili mnie nahajami, które na końcach miały małe kuleczki.  Skóra pod ich razami pękała, bijąc mnie złamali mi dwa żebra, nie mogłam oddychać. Całe ciało było skrwawione i pokryte siniakami. Rano zamiast do celi, odprowadzono mnie do karceru w piwnicy. W pomieszczeniu było wody po kostki. Nie można było usiąść, a w dodatku z sufitu kapała woda. Po godzinie myślałam, że oszaleję. Tak przestałam w ciemnościach bez jedzenia i picia przez cały dzień, a w nocy znowu na przesłuchanie. Zastosowali nową metodę znęcania się. .Przynieśli taboret, kazali  usiąść na rogu, nogi wyciągnąć, oprzeć  obcasami o podłogę a ręce opuścić w dół  i tak odpowiadać. Nie wolno było poruszać się bo zaraz bito po plecach. Po trzech godzinach zemdlałam i straciłam przytomność, oblano mnie wodą, byłam tak wyczerpana w głowie  szumiało. Po całym dniu spędzonym w karcerze  bałam się że mogę coś powiedzieć co nie da się potem odwrócić. Ostatnią siłą woli postanowiłam się nie odzywać zacisnęłam zęby i pod razami nie oddałam nawet jęku. To poskutkowało, po północy odprowadzono mnie do celi. W celi położyłam  się  na ręczniku ,  ból był okropny, brały mnie dreszcze. Nogi zaczęły mnie boleć, powróciło zapalenie stawów. Rano nie przyznałam się współ więźniarkom o swoich przeżyciach i o moim stanie fizycznym i psychicznym, byłam załamana. Jak by tego wszystkiego było mało po obiedzie Wandzia Chwastowska odebrała wiadomość alfabetem morsa od Hanki Swarczyńskiej, która siedziała na pierwszym piętrze pod naszą celą że moja rodzina została aresztowana. To jest mama, Janek, Czesiek ,i Reginka. W domu został tylko ojciec i Stanisława żona Czesława, która była w ostatnim  miesiącu ciąży. To mnie zupełnie przybiło. Perfidne znęcanie się takie jak oślepianie strumieniem intensywnego światła, bicie w spody stóp i w otwarte dłonie, które aż krwawiły. Tego rodzaju znęcania trwały noc w noc bez odprężenia bez   dziennego odpoczynku  męczyły  i utrudniały skupienie przy odpowiedziach. Aby zyskać na czasie i nadać swoim odpowiedziom prawdo podobieństwo udawałam, że nie rozumie po rosyjsku, domagałam się przetłumaczenia. Pytania były stawiane wraz z przekleństwami. Kapitan Jakubowski, który stał na czele NKWD  tego  śledztwa nie mógł sobie darować, że do tej pory nie odnaleziono  radiostacji. Miotał się groził, że zgniję w więzieniu z całą rodziną . Moja odpowiedź  brzmiała nie wiem.

Na przesłuchaniu Janek potwierdził moje zeznania, że my tylko obydwoje byliśmy wtajemniczeni i sami odbieraliśmy radiostację i akumulatory. Celowo były   podawane mylne rysopisy i ubiory  dostawców . A co do radiostacji tłumaczyłam, że poszłam spać i nie wiem , czy ją zabrali  w inne miejsce. Nic mnie nie wiadomo   i tego trzymałam się do końca. Byłam   w trudnej sytuacji,  w domu  został tylko ojciec staruszek nie było komu wysłać mnie paczki z najpotrzebniejszymi rzeczami.   Mnie zabrali tak jak stałam. Miałam na sobie tylko letnią sukienkę, a koszula była poprzyklejana do ran, nie miałam się w co przebrać, ani do kogo się zwrócić  o pomoc. Wracając do celi  starałam się nie ujawniać w jakim jestem stanie, żeby wtyczka nie doniosła śledczemu, że jestem załamana. Taki stan trwał  do czasu,  gdy zaprowadzono nas do łaźni . Wandzia z Zosią, aż załamały ręce . Koszulę trzeba było odmoczyć, żeby oderwać od ran. Obydwie uprały moją bieliznę bo moje dłonie też były  poranione lekko pomogły mnie się umyć. Z łaźni wróciłam w samej sukience, dopiero wieczorem ubrałam bieliznę. Po powrocie do celi  Wandzia zrobiła Lenie Orjon karczemną awanturę. Powiedziała jej, co o tym myśli i zapytała, jakie ma sumienie siedząc na podwójnie złożonej  kołdrze , podczas gdy my w trójkę śpimy i siedzimy na gołej  posadzce. Awantura dała efekty. Lena w dzień składała wąsko kołdrę pod ścianą i  pozwalała nam usiąść. Drugim śledczym był Major Ernst trochę łagodniejszy i nie posługiwał się oprawcami . Kiedyś  powiedział mnie, że niedługo wypuszczą mamę. Następną noc  wezwano mnie  na przesłuchanie. Kapitan Jakubowski  oświadczył , że już  mają radiostację i obserwował jakie to na mnie zrobi wrażenie. Od tej pory rzadsze były przesłuchiwania i już przestano mnie bić . Śledztwo  pomału dobiegało końca. Jak wypuścili mamę otrzymałam paczkę i najpotrzebniejsze rzeczy. Zmianę bielizny, spódnicę, bluzkę, koc i już nie byłam taką sierotą.  Dni wlokły się monotonnie rany pozasychały, sińce zaczęły schodzić. Czekałyśmy na wyłączenie wody, żeby  usłyszeć nowe wiadomości nadawane morsem. Kiedyś przekazano nam modlitwę napisaną  przez  Danusię Szumerówną.  Zaakceptowaliśmy ją, bo była taka od serca.     

 

                           “Boże Miłościwy ty, co mieszkasz w niebie,

                            O wolną Ojczyznę dziś błagamy ciebie, 

                            Usłysz nasze prośby, skróć nasze cierpienia,

                            Boże litościwy  wywiedź nas z więzienia”…

 

 Lenę Orjon zabrali z naszej celi domyślałyśmy się, że wyszła na wolność. Zaczęto wyprowadzać nas na spacery.  Kiedyś Wandzia wpadła na pomysł, żeby z tego kleistego chleba ulepić korale. Zaczęłyśmy  gnieść po kilku dniach gniecenia  wyszła elastyczna masa  nadająca się do roboty, ale była szara nie ciekawa . Rozwiązanie przyszło samo  idąc na spacer zobaczyłam cegłę wystającą z muru. Szybko schowałam  kawałek za biustonosz, Zosia przyniosła  trochę sadzy. Po powrocie do celi mieliśmy nowe zajęcie. Trzeba było  cegłę zetrzeć na proszek i pilnować, żeby nas strażnik nie przyłapał. Zmieszaliśmy jedną część  z cegłą, a drugą z sadzą. Zosia dostała w paczce bluzkę robioną szydełkiem z bardzo cienkiego kordonku. Odprułyśmy jeden rządek i miałyśmy upragnione nici. Korale jak wyschły wyglądały  pięknie wyszły jak z masy. Padłyśmy  na nowy pomysł, zrobienie różańca. . Różaniec  wyszedł rewelacyjnie .

 Cały różaniec był  cegiełkowy a dziesiątki  i krucyfiks czarny.  Wszystko było rozdzielane guzkami . Zrobiony był artystycznie. Po wysuszeniu postanowiłyśmy przekazać go jako wotum do kościoła św. Antoniego, żeby  św. Antoni  nas pilnował, a jak przyjdzie odpowiednia pora, to żeby nas  pozbierał jak zguby i pomógł nam  wszystkim wrócić do swoich domów.  Wandzi udało  się go  przemycić z grypsem  z rzeczami, które zwracała do  domu . Czekałyśmy tydzień z niepokojem . Ile było radości jak doniesiono nam w grypsie , że nasz różaniec jest już u św, Antoniego  i wisi  na ołtarzu jako wotum. Ksiądz odprawił w naszej  intencji mszę św. Po zakończeniu  śledztwa podzielono nas na dwie grupy. Pierwsza grupa warsztaty, „Cichociemni”, kierownictwo, ,sekretarki i łączniczki’. Druga grupa to: uczniowie łączności  radiowej, ci którzy służyli swoim pomieszczeniem ,pomocnicy  w zorganizowaniu i ochrona. Dołączono do nas grupę, która była sądzona za przynależność do AK. Początkowo obydwie grupy przesłuchiwał ten  sam Żyd - potwór kpt. Jakubowski ale pierwszą grupę prowadził do końca śledztwa.  Naszą grupę przyjął inny żyd Mjr. Ernst. A tą trzecią skośnooki Azjata 17 września 1945 r. zostaliśmy osądzeni przez Wojenny  Trybunał NKWD obwodu Lwowskiego . Wyroki były od 6 - ciu , do 10 - ciu lat. Ja dostałam paragraf 54 p -I a i paragraf 54- p II  10 -lat  łagrów   i  5 - lat pozbawienia praw obywatelskich. Pierwszej grupie wyroki od  20  lat kati[1]  do 8  lat więzienia. Po zasądzeniu zostałyśmy wspólnie umieszczone  w  dużej  celi  zwanej “ wyjściówką”. Mieściła się w głównym gmachu od strony ulicy Leona Sapiehy . Okna nie zakratowane  nie miały  osłon z desek . Dzięki   czemu miałyśmy trochę  światła dziennego i słyszeliśmy zgiełk ulicy. Ja miałam nowe zmartwienie . W śledztwie  chcąc  wymusić na  Reginie zeznania grożono jej , że zemszczą się na jej dzieciach jednak do niczego się nie przyznała. Strach i rozpacz doprowadziły ją w stan apatii i wyczerpania nerwowego. Poszłam więc do lekarza więziennego prosząc go o pomoc. Dostałam brom z  zaleceniem  picia trzy łyżki dziennie. I z tym był kłopot  bo nie chciała przyjmować  lekarstwa . Stan jej się pogorszył jeszcze, jak usłyszała głosy dzieci bawiących się na małym placyku naprzeciw   naszych okien . Płakała, myśląc , że to jej dzieci, że  oni  ich złapali. Tłumaczyłam jej  że  siostra Paulina  zabrała dzieci i wyjechała na zachód. Mówiłam żeby się nie martwiła bo dzieci są już  bezpieczne z Ludwikiem i tak pomału  się uspokajała, ale lekarstwa  w dalszym ciągu nie  chciała przyjmować twierdziła, że nie jest chora. Byłam zmuszona podawać jej na siłę.  Zgłaszałam się do sprzątania na izbę  chorych po to, żeby przynieść dla niej lekarstwa.  Jednego razu sprzątając korytarz usłyszałam głos Cześka w łaźni . Krzyknęłam Czesiek on wyskoczył i rozmawialiśmy przez parę minut  Powiedziałam mu, że już jesteśmy  osądzeni i jakie mamy  wyroki, że jestem z Reginą. On miał nadzieję, że go wypuszczą. Bardzo się modliłam  do Matki Boskiej o zdrowie Reginy, nie mogłam sobie dać rady .Byłam zrozpaczona. W nocy we śnie zobaczyłam na błękicie nieba na południowym wschodzie piękną Matkę Boską Niepokalanie Poczętą. Stała z rozłożonymi rękami opromieniona i z gwiazdami nad  głową. Przemówiła do mnie Ja was na swoje święto (15 sierpnia), zabiorę z Rosji. To zjawisko było tak wyraźne!  Matka  Boska była jak żywa istota. Rano jak się obudziłam pełna otuchy i nadziei, opowiedziałam mój sen koleżankom, opowiadałam to z takim przejęciem że niektóre zapamiętały mój sen. On spełnił się po trzech i pół roku, był to naprawdę proroczy sen .Po kilku dniach wywieziono nas na zbiorczy  punkt przy ul Pełtewnej.  Tam spotkam serdeczną przyjaciółkę „Krystynę” Czesławę Hnatównę , która była po wyroku 20-tu lat katorgi. Katorżnicy byli zamknięci w celach. Jej podrobiono  dokumenty  z wyrokiem na 10- lat by   mogła pracować. Pracowała w pracowni artystycznej,  rysowała portrety.  Na pełtewnej  organizowano ucieczkę kanałami. „Krystyna” wtajemniczyła mnie  namawiając, żebym z nimi uciekała. Cieszyła się ze nie będzie sama wśród mężczyzn.  Niestety odmówiłam jej podając dwie zasadnicze przyczyny. Pierwsza najważniejsza to apatia i załamanie siostry Reginy. Tłumaczyłam się, że jak ja bym uciekła to ona mogłaby się kompletnie załamać. Druga to , że zostałam aresztowana z radiostacją i ściśle jestem związana z tą grupą. Nie wiązano mnie z partyzantką i  walką z Niemcami . W obławie w różnych okolicznościach aresztowali wiele osób i podstępem skłaniali ich do przyznania się do działalności w AK. Gdybym uciekła, padłoby  podejrzenie, że ich wydałam i dlatego mnie  wypuścili. Nie chcę, żeby jakaś plama została na moim honorze. Matka Boska pomogła mnie przebrnąć śledztwo,  to mam nadzieję, że i tym razem będzie mnie miała w swej opiece.

  Jeszcze jedno. W celi koleżanki wywoływały  duchy, ja w  to nie wierzyłam, aż raz przyszedł  duch i był to mój opiekun . Zapytały kto on jest - odpowiedział,  że  jest  moim  dzidkiem Józefem i  czuwa nade mną.  Bardzo mnie to zdziwiło, bo żadna z osób, które brały udział w tym seansie nie znały imienia mojego dziadka ja i Regina nie brałyśmy udziału w tym seansie. Od tej pory  wierzę, że moim  opiekunem jest mój dziadek Józef Łamasz i jestem dumna, że miałam takiego dziadka i że się mną opiekuje. Po kilku dniach nabierali  nowych więźniów do pracy w pracowni krawieckiej . Zgłosiliśmy się  ja ,  Regina, Kazik ,i jeszcze kilka osób , których nie znałam. Na drugi dzień odwieźli nas  krytym samochodem do obozu  pracy w  Zubrzy,   który znajdował się  na południe od torów wyścigów konnych. Nazwa brzmiała “Autozawod”. Rozbudowywali fabrykę autobusów.  Pracowało tam wiele polaków, których mieliśmy  okazję poznać. Po przy jeździe do Zubrzy  przywitał mnie “Kot”  Filipow , którego znałam z  I- ego Oddz. Leśnego 14-ego puł. uł. i z  podrabiania  wszelkich  dokumentów. Opowiadał mnie że siostrę i jego wydał „Sas”  Krulikowski. Po bardzo ciężkim śledztwie siostra zmarła  ponieważ odbito jej nerki . Ja powiedziałam mu o „Krystynie”, „Rysiu” i „Marku” o ich wyrokach,  „Krystyna” 20-cia lat katorgi  „Rysio”  i „ Marek” kara śmierci ,którą potem zamieniono na 25 lat katorgi . To  było wszystko Dzieło „Sasa” .

 „Kot” opowiadał,   że jest tu wielu chłopców z dzielnicy południowo zachodniej, też z partyzantki i że to są wartościowi chłopcy, że po apelu mnie z nimi zapozna . Jest też dziewczyna  która leży szpitalu .Bardzo zamknięta w sobie i  samotna . Prosił  mnie żebym się nią zaopiekowała  jak wyjdzie ze szpitala. Nazajutrz nie czekając na „Kota” poszłam do szpitala by odwiedzić chorych .Jaka była radość jak zobaczyła swoją koleżankę ze Szkoły Handlowej i pierwsze nasze kroki w AK.  Potem nasze drogi się rozeszły. Ona pracowała jako bileterka  w Teatrze Wielkim  i w tym gronie pracowała w konspiracji . Aresztowana w lutym 1945 r. i zasądzona na 10-ć lat łagru . Zaczęłyśmy sobie opowiadać o naszych przygodach  , tak przegadałyśmy do wieczornego apelu. Była to „Kizia” Aleksandra Zielińska ,która została naszą przybraną siostrą. Po kilku dniach wyszła ze szpitala odmieniona . zaczęłyśmy pracować, Regina zażywała lekarstwa i była spokojniejsza. Pracowały z nami cztery starsze panie  Reginka zaprzyjaźniła się z nimi ,trochę się ożywiła.   Miały wspólny tematy i już tak nie była zamyślona. Ja też czułam się swobodniejsza .” Kot” jak obiecał zapoznał nas  z chłopcami . Byli to Janek  Stański , Józek  Kowalski, Bolek  Glałzberg, Julek  Szen, Stanisław. Malinowski, Stasiu Pawliszen -Stasiu  fotograf, Józek Baczmański  „Kot”i  inni. Chłopcy, pracowali w  warsztatach samochodowych. Brygadzistą był Rosjanin kpt. Pilot Kołpakow  też więzień u siebie w brygadzie skupiał naszych chłopców, a po pracy  zorganizował orkiestrę . Po tygodniu mojego przyjazdu do Zubrzy w świetlicy odbył się pierwszy koncert , na który dostaliśmy zaproszenie. Było znośnie , po pracy mogliśmy się poruszać po obozie do wieczornego apelu. Na apel  ustawiano nas piątkami i liczono . każdy więzień musiał zgłosić imię nazwisko imię ojca, wyrok i paragraf. Po sprawdzeniu  już tylko ci,  którzy pracowali mogli poruszać się po obozie.  Jak z Pełtewnej uciekli  Polscy więźniowie zaczęły się wywózki w głąb Rosji. Nas wszystkich polaków szykowano na etap[2].  Jakie było zdziwienie gdy na czele kolumny stanął  Kołpakow i oznajmił że on jedzie z polakami  bo on czuje się polakiem Jego matka była polką i w jego żyłach płynie polska krew.

 Dopiero teraz zrozumieliśmy przywiązanie do naszych chłopców . We wtorek początkiem grudnia zbudzono nas wcześniej niż zwykle i polecono wszystkim polakom  wstawić się  na placu apelowym. Droga była ciężka, ustawiono nas piątkami  jeden za drugim  ze spuszczonymi głowami w dół. Po bokach i tyłu  konwojęci z psami  tak musieliśmy przejść z Zubrzy do obozu przejściowego przy ul. Pełtewnej we Lwowie .Jak przemaszerowaliśmy przez miasto  ruch na ten czas  wstrzymano , ludzie ustawiali się na chodnikach . Pamiętam jak na placu św.Zofii  ktoś z tłumu zawołał mnie po imieniu, nam nie było wolno reagować .Reginka po tym  strasznym marszu jak przyszliśmy na Pełtewne  to odżyła powiedziała nam,   że spadła jej taka zasłona z oczu. Przez to zmęczenie  pozbyła się choroby . Była zmęczona,  ale zupełnie  inna i  zaczęła nas pocieszać. Łagier przejściowy  był usytuowany w trójkącie ul. Pełtewnej,  Kresowej i Okrzei. Cały wielki teren obozu został ogrodzony podwójnym wysokim ogrodzeniem z drutów kolczastych .rozdzielony pasmem zoranej ziemi .Od strony wewnętrznej ogrodzenia ustawiono wieżyczki strażnicze z reflektorami, a na zadaszonych podestach  dniem i nocą  czuwali strażnicy  z karabinami . Natomiast w rogach ogrodzenia i przy bramie  stały wieże  strażnicze  uzbrojone w ciężkie karabiny maszynowe. W związku  z ucieczką więźniów, panował niesamowity zgiełk i zamieszanie. Było planowane do ucieczki 40 więźniów a uciekło 16. “Krystynie” się nie udało. Złapali ją nad włazem. Przednią miał uciec starszy pan. Z powodu tuszy musiał się wycofać.    Z robiło się zamieszanie , zaczęły wyć syreny, oświetlili obóz reflektorami .Ona nie mogła się wycofać. Jak zaczęli sprawdzać, wyszło na jaw, że ma z fałszowane papiery i  zmieniony paragraf.

[1] Katorgi  przyp.autora

[2] Transport wieźniów

 

                              Nasze  pierwsze  spotkanie z Łagrami na Uralu

Obóz Małaja Jazowaja był przeznaczony do przeprowadzenia kwarantanny więźniów przywożonych z innych  rejonów.  Przed bramą długo przetrzymywano transport na 40 stopniowym mrozie,   kilkakrotnie przeliczając. Wpuścili nas na teren obozu i skierowano do łaźni. Tak stałyśmy na mrozie czekając na swoją kolejkę , do wieczora. Okazało się że  nie  mieli przygotowanych  dla nas miejsc.  Opróżnili jeden barak lecz obsługa obozu nie wiedziała jak i gdzie upchać grupę składającą się tysiąca  pięciuset  osób. Na nasze szczęście wszystkich Polaków umieścili w jednym baraku. W baraku stały prycze trzypiętrowe , starsi spali na pryczach a młodzież na podłodze pod pryczami, choć była straszna ciasnota niebyło gdzie postawić nogi to i tak cieszyliśmy się że jesteśmy razem. Kolacji nie  dostałyśmy , tłumaczono że kuchnia zamknięta nawet wody nie było. Półgłosem odśpiewałyśmy „ Po  twą Obronę Ojcze na niebie” i pokładłyśmy się spać. Ja z Oleńką spałyśmy pod pryczą,  na której spała Regina. Czułyśmy się bezpieczniej obok niej . Odległość podłogi od desek prycz nie przekraczała 45 cm i chcąc  zmienić pozycję, należało wypełzać i  ponownie znów wsunąć się na swoje miejsce Głowy  nasze  wystawały z pod prycz. Ci co spali na górnych piętrach musieli uważać żeby nam nie stanąć na głowę. Dopiero rano dostaliśmy śniadanie, które składało się z kromki  chleba i kubka wrzątku. Na obiad dostaliśmy kaszę jaglaną pierwszą ciepłą strawę od 17 grudnia 1945 r. kiedy zamknięto nas na Pełtewnej przed wyjazdem na Ural. Na drugi dzień odjechał transport, któremu skończyła  się kwarantanna. Przeniesiono nas do drugiego baraku. Deski prycz były brudne przesiąknięte ludzkim potem i machorką. Pomimo uciążliwych warunków kwarantanny, zaczęłyśmy się przyzwyczajać, do ostrego klimatu panującego na Uralu. W obozie zabierano do prac takich jak sprzątanie po barakach i w kuchni. Któregoś dnia wybuchła  jakaś chryja i Wandę Chwastowską zabrano do karceru poprzednio rozebrawszy ją do bielizny. Widziała to moja siostra Regina. Wróciła do baraku ubrała jeszcze ciepły sweter,  szalem owinęła głowę i poszła bronić Wandę.  Rezultat był taki że i ją wsadzili do karceru. Dyżurni nie przepuszczali że Reginie oto chodziło, żeby ogrzać Wandę. W karcerze dała jej sweter szalem się owinęły, przytuleni  do siebie  tak przesiedziały trzy doby  Wandzia była jej  bardzo wdzięczna. Po kilku dniach przyjechała komisja lekarska rozebrano nas do naga i oglądano. Zaglądano w usta przykładano ucho do ciała. Staliśmy się nie okazywać bolesnego upokorzenia. Nie reagowałyśmy na ich uśmieszki niesmaczne wulgarne docinki. Może do takiej sytuacji zdążyłyśmy się już przyzwyczaić Po krótkiej naradzie i tego rodzaju przeglądzie, wysoka komisja stawiała kategorię zdrowia, co się równało do jakiej pracy będziemy  skierowane . Polki dostały T - ciężka  fizyczna i S - średnia fizyczna . Początkiem lutego wywołano Polki i Polaków z Lwowskiego etapu do nowej drogi. Na terenie Rosji podczas przemarszów z obozu do obozu przekazywano skazańców oddziałom specjalnym, tak zwanym Wochrowcom, podlegającym NKWD. Więzień wywoływany po nazwisku , przechodził przez bramę a za bramą odbierał go oficer eskorty . Według imiennej listy musiał odpowiadać;  Nazwisko i  imię,  imię ojca, paragraf i zasądzone lata. Konwojenci zimą zawsze ubrani w białych kożuchach, uzbrojeni w karabiny i trzymający psy na smyczy. Otaczali eskortowanych  kordonem. W razie próby ucieczki mieli prawo strzelać bez uprzedzenia.  Prowadzono nas gościńcem, na którym nie napotkaliśmy żadnego pojazdu, ani też osób pieszych. Widocznie na czas przemarszu więźniów drogi były wyłączone z ruchu. Etap był długi, bardzo ciężki,  śnieg skuty lodem  a my w swoim skórzanym obuwiu , co krok  ktoś upadał, to była straszna męczarnia. Nie pozwolono się zatrzymać, jedynie na rozkaz oficera  ogólnego  postoju.

Bagaż był ciężki - najpotrzebniejsze rzeczy, w które zaopatrzyli nas nasze rodziny, na daleką nieznaną drogę. Ja osobiście byłam  wysportowana  i w partyzantce przywykłam do różnych warunków a co najważniejsze byłam młoda, i nie rozczulałam się nad sobą  Zdarzały się wypadki, że niektóre panie zostawiały na trasie część swojego dobytku, nie mając siły nieść dalej. O wyjściu z szeregu nie było mowy. Załatwialiśmy się na drodze, jedni obok drugich.

                            

                         Pierwsza  ofiara  naszej  ciernistej  drogi

 

Nie wytrzymała takiego wysiłku pani „Juka” Maria Koralewicz, która  przyjechała ze Lwowa razem z nami. Spała obok Reginy, była bardzo miła i dowcipna przyjemna. Zaczęła słabnąć, koleżanki zabrały jej plecak a ja z Wandą Chwastowską wzięłyśmy ją pod ręce. Stawała się coraz cięższa  ale wprost nad ludzkie wysiłkiem szła dalej . Wlokłyśmy ją nadal wiedząc że konwojenci  nie  okażą chorej litości. Gdy zobaczyliśmy  że już nie żyje nie zgłosiliśmy śmierci chcąc dociągnąć ciało do końca etapu aby ją godnie pochować.  Niestety eskorta zauważyła że głowa Jej poleciała do tyłu a nogi się nie ruszają. Zatrzymali nas i kazali położyć zmarłą na obrzeżu drogi, tuż nad  nasypem. Następnie podszedł wochroniec i kopnął butem ciało zmarłej,  które stoczyło się w głęboki śniegu i ślad zaginął. Nie pozwolono nam się zatrzymać dłużej nad śnieżnym grobem by zmówić modlitwę. Trudno opisać, jak bardzo wstrząsnęła nami śmierć współtowarzyszki niedoli. To był pierwszy grób, który gubiliśmy na bezdrożach Uralu. Przygnębieni,  przemęczeni zmarznięci dotarliśmy po kilkunastu kilometrach marszu do nowego łagru, który znajdował się na przedmieściach Permu. Nosił nazwę Piąta Kolonia, lecz potocznie mówiono  klub TEMP. Nie wiem od czego ten skrót pochodził i jakie instytucji poprzednio dotyczył. Tu  rozdzielono nas, kobiety zaprowadzono do wysokiego budynku sprawiającego wrażenie budowli pocerkiewnej. Z boku było wejście przedsionek a budynek wzdłuż przepołowiony półtora metrowym przegrodzeniem. Pryczy  ustawione po obu stronach  złączone po dwie i były piętrowe. Na pryczach były sienniki i koce. Zapędzono nas do  łaźni i tu zaczęły się kłopoty. Wchodziliśmy po 25 osób. Kazano nam się rozbierać a wszystkie rzeczy  oddać do takiej blaszanej szafy zwaną prażarką, ta przechodziła przez ogień - taka była dezynfekcja  - otwierano ją po drugiej stronie gdzie my wychodziliśmy z kąpieli. W ten sposób zdezynfekowano nam odzież. Jaka była rozpacz gdy wszystkie rzeczy  futrzane nie nadawały się do użytku. Jak kożuszki, pelisy kołnierzy, wszystko było pokurczone i się kruszyło. Tak stało się z Regi pelisą, moim i  Oleńki  kołnierzem. Reginie został płaszczyk bez podszewki z pojedynczą watoliną. Na drugi dzień zostaliśmy przydzieleni do pracy. Ubrano nas w więzienny  stroje, waciaki, kurtki, spodnie, walonki papachy i rękawice z koziej wełny.  Jak wyszliśmy na  apel to nie można było nas rozpoznać. Chłopcy nasi choć poprzebierani byli nadal szarmanccy . Witając się z nami całowali nas w ręce. Komendant obozu stał  na uboczu i zawsze nas obserwował. Był to człowiek wyniosły i z natury zły. Jak wracałyśmy do polski spotkałyśmy Jadzię Galusińską artystkę malarkę, która cały czas tam pracowała w pracowni malarskiej. Opowiadała nam że ten komendant tak chciał naśladować Polaków i uchodzić za kulturalnego że jak przychodził do pracowni to witał się  i całował ją w rękę. Następnie wysłano nas do pracy poza terenem obozu. Konwój ustawili co 5 metry, podzielono nas na brygady i tak wyprowadzano do pracy na rzekę  Kamę. Jedna brygada wyrębywała z lodu drwa , druga wyciągała je na brzeg trzecia rżnęła je na metrowe kloce. Czwarta brygada, do której mnie, Oleńkę i Reginę przydzielono nosiłyśmy  te drwa do obozu, brnąc po śniegu i niosąc po dwa polana  przez pół kilometra  do obozu. Tam i z powrotem chodząc gęsiego. Nie wolno było odpoczywać, przy noszeniu pracowali też nasi chłopcy . Spotkaliśmy naszego księdza z Borysławia, który nas pocieszał. Choć sam był godny pożałowania. „Wory” w pociągu obrabowali go jak wiele naszych. Tu w obozie dowiedziałam się od Kazika przyczyny łat na jego palcie i ubraniu. On jeszcze we Lwowie jak dowiedział się o transporcie i był razem ze swoimi , zaczął naszywać różne łaty na swoje palto i ubranie . Koledzy myśleli że jemu padło na głowę i śmiali się z niego. Jak w wagonie znaleźli się z „worami” to złodziejaszki nawet nie patrzyli na niego. Mówili  wot  biedak i nic mu nie zabrali. Praca była bardzo ciężka, ostatkiem sił dochodziłyśmy  do obozu. Po tygodniu wybuchła czerwonka, Regina nam zachorowała. Lekarz zaleciła dawać jej spalony chleb i oliwę. Ręce załamałam skąd dostanę oliwę  i bochenek chleba. Już taki mam charakter że się nigdy nie poddaję. Poszłam do magazynu gdzie były nasze rzeczy na przechowaniu. Kazałam podać moje rzeczy  i zrobiłam przegląd, zadecydowałam że bluzka jedwabna z krep-saty[1] z długim rękawem nie będzie do odrzucenia, przez kierowniczkę kuchni. Poszłam i zaproponowałam zamianę na butelkę oliwy i  bochenka spalonego chleba. Jaka była uciecha jak  wróciłam z upragnionymi produktami. Regina zaczęła jeść ten spalony chleb  z oliwą.  Tak trwało trzy dni. My z Oleńką wychodziłyśmy  do pracy a ona chora zostawała w baraku. Po trzech dniach  krwawienie ustało ale organizm był odwodniony, była bardzo słaba. Wzięłam ładną apaszkę i poszłam do lekarki. Powiedziałam że jest poprawa, ale że siostra jest odwodniona i bardzo słaba. Dałam jej prezent z podziękowaniem i prosiłam o opiekę nad chorą. Dostałam jakieś lekarstwo, które  zaleciła  pić lekarka z wodę przegotowaną. Obiecała że jutro zabierze ją do szpitala. Z kuchni przyniosłam przegotowaną wodę. Regina popiła lekarstwo i po trochu popijała wodę. Rano zabrano ją do szpitala. A my z Oleńką dalej nosiłyśmy drwa. Kazik został przyjęty do pracowni krawieckiej, Jankowi proponowano palacza na kuchni, on nie wyraził zgodę. Dowiedział się że są obozy dla inwalidów i że tam nie pracują a on nie będzie  na ruskich pracował. Nie można mu było wytłumaczyć, żeby się trzymał razem z  Kazikiem. Niechciał słuchać. Za kilka dni szykowali nowy etap.  Byłyśmy zrozpaczone, poszłyśmy do Kazika po poradę, bo Regina w szpitalu , a my nie chcemy się rozdzielać. Kazik nam nic nie pomógł, więc poszliśmy do  Komendanta obozu z prośbą  żeby nas nie rozdzielano i że siostra jest w szpitalu to może by nas zostawił do następnego etapu. Ten spojrzał na nas  zapytał o nazwiska , wyjął jakieś papiery z szuflady popatrzył i  powiedział idźcie spać spokojnie nie martwcie się. Na drugi dzień po posiłku kazano nam zdać wszystkie ubrania jakie otrzymaliśmy w łagrze, zabrać swoje rzeczy i stawić się na placu apelowym.  Brama była otwarta, nas odprowadzono pod bramę  i zaczęto wyczytywać. Kto był wyczytany, powtarzał swoje  dane  następnie  przechodził za bramę. Dowódca konwoju odbierał dokumenty i ustawiał w szeregu.  Lista była długa choć zabierano tylko kobiety. Jak wyczytano wszystkich otoczono nas kordonem z psami a konwój nie ruszał, kazano nam stać. Jaka była radość jak po godzinie  brama się otworzyła i ujrzeliśmy Reginę w pełnym rynsztunku do drogi. Pozwolono jej dołączyć do naszego szeregu  a ktoś musiał się cofnąć o jedno miejsce w tył. Popłakaliśmy  się z radości. Regina nas uściskała i powiedziała  że komendant przyszedł po nią do szpitala kazał jej się szybko  ubierać zabrać swoje rzeczy bo kolumna na nią czeka. A jednak byli ludzie co mieli serce.

[1]  Jedwab najlepszego gatunku

 

 

                             Jan Łamasz ur. 1922 r. w Czyszkach


Syn Bronisławy i Kazimierza Łamaszów. . Po ukończeniu szkoły podstawowej przyuczał się do zawodu u ojca.
Jesienią 1941 roku został wcielony do Baudinstu niemieckiego obozu pracy we Lwowie. Skierowany został do prac budowlanych, gdyż zaczęto budować obóz przy ul. Janowskiej pod nr 122, gdzie dawniej mieściły się zakłady „Steinhausa” na Kortunowej Górze. Kilkudziesięciu osobowa załoga esesmanów z pomocą ukraińskich policjantów utrzymywała tam rygor i porządek. To był zalążek obozu dla żydów. Wszystkich ubrali w jednakowe ubrania i wysłali do pracy pod konwojem. Końcem marca 1942 roku zaczęto rozbudowę obozu. Zajęto tereny przylegające od strony północno-zachodniej. Budowano kuchnie, baraki, drogi, ogrodzenie z drutu kolczastego i wieże strażnicze. Już w kwietniu zaczęły przychodzić pierwsze transporty żydów. W obozie byli też jeńcy rosyjscy. Trzymano ich w strasznych warunkach. Jak wybuchała epidemia tyfusu to chorych zaczęto zwalniać z obozu. W listopadzie 1942 r. z temperaturą 41°C Janek został zwolniony z pracy z podejrzeniem o tyfus. Po wyleczeniu i odpoczynku w 1943 r. Wstąpił w szeregi AK 14 pł. uł. Jazłowieckich w konspiracji przeszedł szkolenie, brał udział w akcjach patrolowych w obronie wioski przed bandami U.P.A. i odbieraniu zrzutów. Brał czynny udział w zdobywaniu Lwowa w akcji „Burza”. Ratując młodych chłopców rozerwał mu się w ręce granat zaczepny w wyniku czego został inwalidą. Aresztowany przez Rosjan po wykryciu radiostacji. Po ciężkim śledztwie został skazany, na 10 lat zsyłki na Sybir i 5 lat pozbawienia praw obywatelskich oraz pozbawienia mienia za wrogą działalność na szkodę Rosji na tyłach frontu, Wywieziony z bratem Kazikiem, oraz z siostrami Reginą i Jadwigą na Ural w lutym 1946 r. Z 5 kolonii klubu Temp został wywieziony do łagru dla niepełnosprawnych i oddzielony od brata Kazika. Podczas pobytu w łagrze, gdzie warunki były nieludzkie, w czasie rewizji chciano mu zabrać medalik, który otrzymał od matki na pożegnanie. Uparł się jednak, że nie odda medalika, bo to pamiątka od matki. Związali mu ręce i tak go bili i kopali, że załamali mu czaszkę. Wyszedł z tego, z atakami epilepsji i z zanikiem pamięci. Informacje o nim są nie pełne, bo on sam ciężko chorował. Miał wracać w 1948 r. ale był tak słaby, że nie mógł utrzymać się na nogach. Relacja Wandy Chwastowskiej mojej przyjaciółki, która przed wyjazdem do Polski w roku 1948 była w tym samym łagrze co on i widziała się z Jankiem. Napisała do pani Lachowicz matki mojej przyjaciółki z Lwowa i ta wysłała mu paczkę. Potem już żadnej wiadomości od niego nie było. Wanda Chwastowska w wydanej przez siebie książce pt. „W czepku urodzona” tak opisuje spotkania się z Jankiem : „ w lazarecie najliczniejszą grupę stanowili pacjenci cierpiący na zabójczą biegunkę zwaną „penos”- choroba wykańczająca wywołana najprawdopodobniej głodem. Chorzy odczuwali wielkie pragnienie .Stawali się osowiali, słabi i cicho odchodzili. Rzadziej spotykana ,lecz również niebezpieczna typowo więzienna choroba to jakby ograniczenie świadomości. Zaatakowani nią snuli się po baraku słabo reagując na otoczenie, spokojni i stale głodni. W lazarecie tym przebywał najmłodszy z braci rodziny Łamaszów Janek, który nie oparł się tej groźnej chorobie. Zjadał wszystko co napotkał na swojej drodze. Chwytał wszelkie odpadki, takie jak: nici, papiery, bawełniane sznury cichaczem wypruwane ze szpitalnych okryć. Pewnego dnia przypalił sobie nogę i zjadł skórę, a następnie zjadł założone opatrunki. Ranę zaś doprowadzał do stanu zapalnego, wydłubywał ropę palcami i zlizywał ją. Wiadomo, że gdy go zwolniono, powrócił do Czyszek na III Wólkę do rodzinnych stron. Tam nie było już nikogo kto by go znał i się nim zaopiekował. On po tragicznych przejściach i ciężkich chorobach nie miał pamięci. Ukraińcy, którzy mieszkali w naszym domu odesłali go do szpitala na Kulparkowie. Przeżył a po interwenci matki do Bieruta w maju 1956 r. odesłano go do Polski. Szwagier Ludwik jeździł po niego na granicę gdzie go odtransportowano. Powrócił do Ojczyzny odnalazł rodzinę, ale cieszył się nią krótko, gdyż żył zaledwie 6 dni. Wrócił w sobotę do domu, widział się z rodziną, a w niedzielę atakowany wstrząsami epilepsii stracił przytomność został odwieziony do szpitala, tam był nieprzytomny do piątku, rano odzyskał przytomność a wieczorem o godzinie 19 zmarł z wycieńczenia organizmu i wzruszenia. Pochowany jest obok ojca, na cmentarzu przykościelnym we Wrocławiu – Leśnicy.

Opisała siostra Jana – Jadwiga


powrót do strony głównej